
Katolicki czyli profesjonalny
czerwiec 26, 2008Zbieram właśnie materiały do numeru o formacji dorosłych, czyli eSPe 83, i tak sobie myślę, że stanowczo zbyt mało osób potrafi dostrzec w fakcie bycia profesjonalistą sposób na realizowanie swojego chrześcijaństwa. To ma ciekawe przełożenie na postrzeganie wszelkich zjawisk społeczno-gospodarczych z przymiotnikiem “katolickie”. Otóż katolickie na ogół kojarzy się z tym co siermiężne, bylejakie, niedopracowane a czasem nawet balansujące na granicy prawa. Tu przypomina mi się mina Szymona Hołowni słuchającego wywodu księdza tłumaczącego, że u kobiety najważniejsza jest osobowość a nie uroda (w programie, który już przywoływałam), mina, która ostatecznie zwerbalizowała się w stwierdzeniu: “Zaraz ksiądz mi tu powie, że liczy się przede wszystkim wnętrze!” Jest taka tendencja, żeby wszystko, co kościelne czy katolickie akceptować apriori, bo skoro katolickie, to z pewnością ma wnętrze, nawet jeśli niezbyt atrakcyjne a nasz czujnik głębokości wykazuje zaledwie metr wody pod kilem.
A to nie tak.
Taka z góry założona akceptacja rozleniwia (wiem po sobie, bo jako redaktor KATOLICKIEGO kwartalnika doświadczam jej negatywnego wpływu), na szczęście odbiorcy są kształtowani przez wolny rynek i nie da się im już wciskać byle czego. To spowodowało, że przynajmniej rynek prasy i książki katolickiej z roku na rok staje się coraz bardziej wymagający. I tu pojawia się problem główny: pieniądze. Nie da się stworzyć sensownej książki, czasopisma, portalu bez dużego zastrzyku gotówki. Wbrew temu co pisze na forach antyklerykalna część internautów, Kościół wcale nie ma tak wiele pieniędzy, przynajmniej nie cały. Do wielu wartościowych publikacji sporo się dopłaca lub są one traktowane jako długoterminowa inwestycja (tj. serie wydawnicze typu “Myśl Teologiczna”). Albo i inwestycja bezzwrotna. Do tego czasem dochodzi lekkie traktowanie w niektórych wydawnictwach finansów i rozliczeń, co zwykle wcześniej czy później generuje problemy w księgowości. I tu ponownie wracamy do problemu profesjonalizmu. Zasłanianie Panem Bogiem własnej nieudolności to jedno z najbardziej antyewangelizacyjnych działań – bardzo skutecznie odpycha od Kościoła. I nie ma co się tu oburzać czy gorszyć, trzeba za to spróbować potraktować swoje działania zawodowe jako sposób oddawania Bogu chwały. W końcu ktoś stykając się ze mną jako ze świetnym zawodowcem może po pewnym czasie zaufać mi także jako człowiekowi wiary. Ech, ciekawe, czy mi kiedyś uda się dostać na taki poziom edytorski

Witaj Elu,
mnie chrześcijaństwa uczył m.in. o.Janusz Chwast OP, sześć lat temu, w duszpasterstwie akademickim. Pamiętam, gdy powiedział, że bycie chrześcijaninem oznacza bycie dobrym studentem, jeśli studiuję; bycie dobrym pracownikiem, kiedy pracuję itp. A więc – starać się nie być nieudolnym, a już tym bardziej nie zasłaniać własnej nieudolności Panem Bogiem. Niestety spotkałem się także z zupełnie innym podejściem w Kościele: “nieważne, co i jak robisz, ważne, czy chodzisz do Kościoła i czy reagujesz na ‘zagrożenia dla wiary’”. No, oczywiście lenistwo też nie jest pochwalane, ale wyczuwa się lekkie potępienie dla tego, co “nieprzydatne” – mianowicie np. profesjonalnej oprawy graficznej, przywiązywanie wagi do oszczędności, inwestycji itp. Mam koleżankę, która jest po studiach na KULu i ileś tam lat przebywała w środowisku księżowskim. Do dziś ma ogromną niechęć do wszystkiego, co “biznesowe”, co “profesjonalne”, tak jakby była niegodna wszystkich pieniędzy, które zarabia za ciężką pracę. Wzdraga się na przykład przed intensywniejszą promocją pewnego wydarzenia artystycznego. Ostatnio to jej myślenie trochę się zmienia, ale taka mentalność panuje. Na potrzeby tego komentarza nazwałbym tę mentalność “tradycjonalistyczną”, choć nie wiem, czy to dobre słowo.
Ja się innego chrześcijaństwa uczyłem. O.Janusz też uczył mnie, że wygląd zewnętrzny i dbanie oń jest ważne, gdyż to jest forma okazywania szacunku innym ludziom – po to, by im się przyjemnie ze mną przebywało.
W dyskusjach z katolikami o mentalności “tradycjonalistycznej” pojawia się w pewnym momencie problem granicy – na co mam pożytkować mój czas – tzn. jak wiele czasu i środków powinienem poświęcać np. wyglądowi zewnętrznemu. Tradycjonaliści stoją po stronie minimalnego przykładania się do tego, co zewnętrzne. Wskazują przy tym, że na drugim biegunie stoją popkulturowi hedoniści, dla których ważne jest tylko to, co zewnętrzne.
Podobna dyskusja może dotyczyć nawet kulinariów – czy katolik powinien jeść i przygotowywać “byle co” i “byle jak” w imię ascezy, czy też może mieć słabość do chateaubrianda lub saltimbocca alla romana? Za moje zamiłowania do dobrych kulinariów też dostało mi się przez łeb już nieraz.
W ogóle Twoje notki są niezwykle ciekawe, miło mi się je czyta i pozostanę tu chyba jako stały gość. Zapraszam też do lektury moich zapisków blogowych. Serdeczne pozdrowienia
Przedostatnie zdanie bardzo mi pochlebia i serdecznie za nie dziękuję
Oraz zapraszam do pozostania!
A Twojego bloga odwiedzam, też miło mi się czyta!
Co do tradycjonalizmu, to pamiętam jak padre Zioło obecnie OCSO powiedział kiedyś, że jest róznica pomiędzy ubóstwem a stylizacją na nędzarza – w końcu skąpstwo to też grzech. Przecież kupując droższe rzeczy pozwalam zarobić tym, którzy je produkują!
Myślę, że te obawy przed promocją to także ukryty lęk przed próżnością (”przecież to nie wypada tak się chwalić, pokazywać”). Cóż, rzeczywistość jest, jaka jest i bez promocji niewiele da się w niej zdziałać.
Ja bym tutaj (zwłaszcza w tym “lekkim podejściu do spraw finansów i księgowości”) widział pewną konkretną mentalność, która np. każe katolikom (nawet takim z poważnymi problemami nerwicowymi) nie szukać pomocy u psychologa, bo “trzeba zaufać Bogu”, nie przykładać się za mocno do pracy, która może przynieść nam zyski, bo “trzeba zaufać Bogu”, nie dbać o promocję, bo “trzeba zaufać Bogu”…
Może oni chronią w ten sposób swoją wiarę, bo jeżeli uznają swoją odpowiedzialność, to mniej będzie miejsca na Boga?
A przecież – wydaje mi się – to właśnie oni chcą Go widzieć nie tam, gdzie On naprawdę jest.