h1

Gradowo

czerwiec 23, 2008

Dziś ok. 16.00 pogoda w Krakowie urwała się Panu Bogu z łańcucha: zaczęło się od rytmicznego bębnienia gradu w blaszany dach hurtowni. Wyszłam na balkon i przezornie przestawiłam pelargonie bliżej wewnętrznej ściany – begonie sąsiadki nade mną nie miały tyle szczęścia: stojące w doniczkach zwisających poza balustradę oberwały najbardziej. Rytm bębnienia był coraz szybszy, zamieniła się w jednostajny łomot połączony z coraz głośniejszym szumem przyśpieszającego wiatru. Żywopłot prawie sie położył, drzewa dość rozpaczliwie próbowały zatrzymywać wyrywane im liście i gałęzie. Podniosłam wzrok i nie zobaczyłam stojącego kilkadziesiąt metrów dalej bloku, zamiast niego była biała ścianu gradu i deszczu.

Na chwile przycichło. Jakiś mokry ersatz rowerzysty usiłował rozpaczliwie dotrzeć do domu, zobaczyłam jak przejeżdża z lekką paniką w oczach i po chwili kanonada lodu o blachę znów się zintensyfikowała. Największe kawałki lodu były wielkości przepiórczych jajek i spadły w takiej ilości, że jeszcze dwie godziny później na schodach budynku naprzeciwko leżały resztki zaspy.

Po jakimś kwadransie wszystko ucichło, ochłodzone powietrze lekko wchodzi w płuca. Stawiając pelargonie z powrotem na ich miejsce zauważyłam mgłę na skwerkiem między blokami. Swojski deptak wyglądał jak łąki wczesnym, letnim porankiem: wilgoć parowała z nagrzanych kilkudniowym upałem chodników i trawników i tworzyła cienką, porwaną na pasma warstwę pary wodnej. Piękne. Chociaż dla ogrodników i sadowników to pewnie piękno bez znaczenia: jestem w stanie sobie wyobrazić jak skończyła się ta krótka historia dla sadów i dojrzewających właśnie wiśni i czereśni. Przyroda gwałtownie przypomniała, że potrafi uderzyć i to wciąż skutecznie, w nasze przekonanie o samowystarczalności i panowaniu nad nią. I pomimo wszystko trzeba jej przyznać, że jest fascynująca w tej gwałtowności.

Jeden komentarz

  1. Niestety nie w całym Krakowie…. bliżej Wieliczki suchutko…. niestety



Dodaj komentarz