
“Książę Kaspian”, reż. Andrew Adamson
czerwiec 11, 2008
Kochany dzienniczku, jak doskonale wiesz od głębokiej podstawówki kocham się beznadziejnie w C. S. Lewisie. Beznadziejnie, bo nie dość, że to wykładowca na Oksfordzie, to jeszcze nie żyje od 1963 roku. Ale geniuszem jest i basta!
Obejrzałam właśnie ekranizację kolejnej książki z cyklu “Kroniki Narni”. Krwawo. I okrutnie. Gdybym była w przedszkolu lub wczesnej podstawówce, to nie zabrałabym siebie na ten film
Ale potęga Lewisa polega na tym, że całkowcie zmasakrować się go nie da i film nie będąc ckliwy zawiera w sobie bardzo duży ładunek pozytywnych uczuć. Irytowały mnie z lekka dłużyzny, które odbierały narracji prawdopodobieństwo, np.: książę Kaspian ucieka przed siepaczami, ale jeszcze zatrzymuje się, żeby sobie tęsknie popatrzeć na fajerwerki. Jak patrzyłam na te sceny w tyle głowy dźwięczały mi fragmenty z felietonu Umberto Eco z “Zapisków na pudełku od zapałek” pt.” Jak być Indianinem”: 19. Oddając strzał z daleka, stanąć na jakimś wierzchołku, żeby być doskonale widocznym… 20. Jeśli dojdzie do walki bezpośedniej, celować bez pośpiechu… Było to o tyle bolesne, że są także genialne sceny walki, np. pojedynek Piotra z Mirazem – świetnie zbudowane napięcie.
Jest kilka zabawnych dialogów (kocham Ryczypiska, najcudowniejsza Mysz na świecie, mmm: Nigdy nie stawaj pomiędzy myszą a jej ofiarą!) i kilka zmian w charakterach postaci, z którymi akurat nie do końca się zgadzam – Piotr stał się o wiele bardziej antypatyczny w tej części.
Jeśli chodzi o treść, to dla mnie jest to opowieść o duchowej walce. Wciąż padają pytania: Gdzie jest Aslan? Dlaczego nam nie pomaga? A odpowiedź jest banalna: bo nie prosicie o tę pomoc. Bo są dziesiątki ważniejszych spraw a poza tym wiecie lepiej, wierzycie, że jesteście zdani tylko na siebie. Przerażająca jest scena (w książce jej nie ma), kiedy z powodu błędnej decyzji Piotra dochodzi do masakry jego żołnierzy. Potem jest tylko przerzucanie się oskarżeniami i konflikt w chwili, w której szczególnie powinna być zachowana jedność. Wtedy też pojawia się zło i proponuje swoje usługi: zrobię to za ciebie. Twój wróg zginie. Tylko daj mi cząstkę ciebie, kropelkę. Na pokusę najodporniejszy okazuje się być Edmund – za dobrze zna jej głos i nie ma złudzeń, jak taki układ się kończy.
I na koniec piękny tekst Aslana do Ryczypiska, który jest załamany faktem, iż w potyczce ucięto mu ogon. Nie potrafi się pogodzić ze swoim upokorzeniem i jego oddział na znak jedności ze swoim dowódcą chce sobie uciąć ogony. Aslan widząc to, uzdrawia ich dowódcę, mówiąc: Nie czynię tego ze względy na twą godność, ale ze względu na miłość twoich braci. Bardzo ewangeliczne i głębokie.
Do tego prosze doliczyć świetne efekty specjalne, dobre zdjęcia i muzykę (no dobra, do Gregsona-Williamsa też mam słabość…). Uważam, że warto.

Lewis.
Dostałem w pierwszej klasie podstawówki od Mikołaja na gwiazdkę “Starą szafę” i od tego się zaczęło… Błyskotliwe i dla każdego.
Choć niektórych części do końca nie rozumiałem (ostatniej zwłaszcza), a teraz nie mam czasu do nich wracać. Ale syn dorasta!
Na film mam ochotę się przejść, choć myślę, że “Szafa” była miejscami zepsuta. W dwóch czy trzech miejscach było żałośnie, a dorastająca młodzież wybuchała szyderczym śmiechem. I nawet ich rozumiem.
Chyba głównie dzięki Lewisowi zakochałem się potem w Tolkienie.
U mnie zaczęło się od “Srebrnego krzesła”. A potem połknęłam wszystko Lewisa, co mi wpadło w ręce. Teraz odświeżam sobie “Listy starego diabła do młodego” – genialne jak dla mnie.
Jego literatura jest zakorzeniona w jego erudycji, jak poczytasz mitologie i poznasz głebiej teologię to wtedy widzisz ile tam jest głebszych treści. Zupełnie jak u Tolkiena, chociaż ten z kolei lepiej dopracował swój świat dzieki czemu jest on bardziej spójny. To widać lepiej, jak przeczyta sie “Silmarillion” czyli mitologię.
Ktore sceny w “Szafie…” ci się nie podobały? Pytam ciekawości
Pamiętam jak przez mgłę.
Był to chyba moment gdy Piotr pokonał wilka i wszystkie zwierzaki i ludzie oddali mu cześć. Wyglądało śmiesznie, zwłaszcza, że to “bycie królem” Piotra pojawiło się jakoś tak nagle.
Były też inne dwa momenty, ale już nie pamiętam, które. Główne wrażenie jest takie, że podniosłość chwili nie pasowała do obrazu i nie była umocowana rzetelnie w fabule.
Chodzi oczywiście o film, w książce nie miałem takiego wrażenia.
Tak, książka jest bardziej spójna, ale film wydaje mi się, że świetnie oddaje klimat książki. Szczególnie, jeśli ogląda sie go bez dubbingu – dla mnie osobiście język sporo wnosi.
Co racja to racja. Mi film też się podobał i też myślę, że oddawał klimat książki.
Niemniej to niedopatrzenie reżysera trochę boli.