h1

Naszło mnie

czerwiec 10, 2008

Kocham mój Kościół.

Wczoraj mnie to dopadło, to uczucie i pragnienie jego wyrażenia. Dziś dopadło mnie po raz drugi, więc nie omieszkam mu ulec: kocham mój Kościół.

Tak zasadniczo to w ogóle jest ona – po grecku “ecclesia” jest rodzaju żeńskiego. I jest piękna: jej płaszcz rozpościera się w czasie i przestrzeni, utkany z najbielszego płótna i najdelikatniejszego bisioru. O przepychu jej szat decyduje szlachetność tkaniny z jakiej zostały wykonane, nie bogactwo kolorów. Zresztą ta wypłukana w krwi jej Umiłowanego szata jest tak biała, że bije od niej oślepiający blask i nic więcej nie jest konieczne do ukazania jej bogactwa. Ale brak konieczności nie powstrzymuje Boga: ozdobia ją wszystkimi możliwymi klejnotami i czystym kruszcem. Cóż, wystarczy rozejrzeć się wokół, żeby zobaczyć, że jest On Artystą i piękno jest tym, na co nigdy nie skąpi.

Hę? Że w realu nic takiego nie ma? A, jest, jest mili Państwo. Tylko trzeba nauczyć się patrzeć, najlepiej codziennie znajdując przynajmniej trzy powody, dla których można Bogu za coś podziękować. Po jakimś czasie zaczniemy widzieć podwójnie i bynajmniej nie będzie to przejaw problemów ze wzrokiem, tylko kwestia częściowej przystawalności naszej rzeczywistości do Prawdy. Dziękczynnienie otwiera serce i wtedy zaczynamy dostrzegać, że to wielka łaska, że dla wierzących w Chrystusa nie ma śmierci, że przebaczenie jest możliwe, że Duch dotyka i wprowadza w jedność z Bogiem i pomiędzy nami. Pozwala odkryć, że ta babcia, która za pomocą odmawianego scenicznym szeptem różańca skutecznie demoluje usiłowania dokończenia lectio divina być może właśnie wymadla mi niebo a wyraźnie znudzony spowiadaniem ksiądz wyrecytowaną machnialnie formułą zmywa ze mnie błocko, w którym znów się chcący utaplałam. Świadomość działania łaski pozwala widzieć inaczej a dziękczynnienie uświadamia obecność tej łaski.

Pomyślcie – któregoś dnia ten cały kołowrót się skończy, otworzymy oczy a nie będzie już lęku i odrzucenia. Ani bólu, ani smutku. Podwójnego widzenia też już nie będzie :) Zobaczymy Go twarzą w twarz i będziemy do Niego podobni. To znaczy tacy piękni, jak On, bo świadomi tego, że kochani i kochający.

11 komentarzy

  1. Mój wewnętrzny medialny sceptyk długo zastanawiał się, co mu się w Twoim tekście nie zgadza ;)
    Piszesz pięknie, z uczuciem.
    A jednak coś mi nie gra.
    Czym jest Kościół? Wiem, znam definicje – jest wspólnotą – generalnie Ludzi i Boga.
    Zatem kogo kochasz? Podmiot Twojej miłości niebezpiecznie ześlizguje się z człowieka i Boga, pozostając na “wspólnocie”, na organizacji, na czymś, co nie jest jednoznaczne, a dla części ludzi jest wręcz niezrozumiałe.
    To według mnie wierzchołek problemu, o którego istnieniu już wiemy, ale nie zawsze potrafimy go zauważyć: Kościół porozumiewa się językiem zamkniętym, trudno przyswajalnym, lub wręcz niezrozumiałym dla ludzi z zewnątrz.
    Jeśli jest taka możliwość – dlaczego nie przekazać tej samej treści językiem ogólnodostępnym?
    Jeśli ludzie mają tak różne pojęcie czym jest Kościół, czy nie prościej i skuteczniej odwołać się do jaśniejszych pojęć, z których Kościół się składa – do człowieka i Boga? Po co obarczać przekaz ryzykiem niezrozumienia?
    Jezus mówi o miłości Boga i Bliźniego.
    Natomiast pojęcie Kościoła zawęża krąg odbiorców naszej miłości.
    Podobnie, jak np pojęcie narodu – które wspaniałą miłość, gotowość do poświęceń aż do oddania życia za innych ludzi, ogranicza i okalecza do wielkiej, ale wybranej grupy ludzi.
    Albo bardziej radykalny przykład miłości, która dziś jest już całkiem skompromitowana – miłości do Partii, w której bez wątpienia kryło się wiele miłości do ludzi, wiele wrażliwości społecznej, pragnienia sprawiedliwości i lepszego życia, pragnienie utopijnego, komunistycznego dobra.
    Coś, co miało mówić o dobru, straciło swoje pierwotne znaczenie, stając sie swoim przeciwieństwem.
    Czy podobne zagrożenie nie stoi przed Kościołem?
    U Jezusa tego niebezpieczeństwa nie ma – kiedy mówi o człowieku, jest to każdy człowiek, łącznie z rzymskim żołnierzem i Samarytanką. On trafia z przekazem prosto do celu.
    Jest medialnym geniuszem.

    Pozdrawiam !


  2. Ech Dżef, prowokatorze ty jeden :)

    Kościół to wspólnota Boga z ludxmi, która rządzi się swoimi prawami, ma swoje rytuały i strukturę. Każda ludzka grupa ma swoje prawa, rytuały i strukturę. I każda określa wymagania, które należy spełnić, żeby do niej należeć. Jezus też takie wymagania stawia: “Nie każdy kto mówi mi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebieskiego, ale ten kto pełni wolę mojego Ojca” . Zaproszenie skierował do wszystkich, ale tylko ci, co je przyjmą i zgodzą się na obowiązujące zasady, odnajdą w Kościele swoje miejsce (wystarczy tu przypomnieć przypowieść o uczcie weselnej z której król wyrzuca jednego z gości, bo nie ma on odpoweidniej szaty). Wymagania to dobra rzecz, pomagają wzrastać i nawracać się. Także takie wymagania, które powodują, że niektórzy wolą pozostać poza wspólnotą.

    A kogo kocham? Nie kocham instytucji, kocham ludzi którzy są żywą strukturą tego organizmu, jakim jest Kościół. Widzę ich starania w dorastaniu do bycia z Bogiem, upadki, pomyłki, sukcesy a czasem świętość. Patrzę, jak Bóg przez wielu z nich coraz wyraźniej przeziera a ponieważ Jego kocham przede wszystkim nie potrafię nie kochać tych, którzy są do Niego podobni.

    A co do języka masz rację, z tym że problem jest też w tym, że wiele pojęć z języka kościelnego, które zawierają w sobie głęboką treść stało się sloganami. Ale tak to jest, kiedy się mówi jedno a działa zupełnie inaczej: przekaz wtedy staje się niemy i ludzie uczą się go ignorować.


  3. To nie prowokacja, a autentyczne poszukiwania.

    Czym jest Kościół – Ty to wiesz i ja to wiem.
    Z grubsza ;)
    Choć nawet tu nie wszystko jest jasne:
    Pamiętasz, w którymś z wpisów zaliczyłaś do najszerszego kręgu Kościoła wszystkich ludzi dobrej woli.

    Natomiast dla wielkiej liczby ludzi Kościół to niemal organizacja mafijna dbająca o swoje własne interesy.
    Działanie Kościoła tylko we własnym gronie księży/wyznawców tego obrazu nie zmieni.
    Wielu ludzi dobrej woli nie ma szans zbliżyć się do Kościoła rozumianego jako struktura, bo widzi grupę ludzi zajętych dość egoistycznym kochaniem siebie nawzajem, oraz wznoszeniem murów obronnych przed ludźmi spoza struktur.
    Przecież przez każdego człowieka w jakimś stopniu przeziera Bóg, każdy z nich jest dzieckiem Boga, nawet ci, którzy z jakiegoś powodu nie przyjmują zaproszenia. A właśnie ci miłości potrzebują najbardziej.

    Co do języka – co zrobić ze słowami, które utraciły swą głęboką treść? Myślę, że wiele z nich jest już straconych i nie ma sensu ich reanimować. Język się zmienia i bezcelowy jest płacz nad jego ewolucją.
    Myślę, że trzeba wyłuskiwać ukryte treści tych słów i przekazywać je w nowej formie – najlepiej prosto, opisowo, w sposób zrozumiały dla każdego.


  4. Zastanawiałam się nad tym, co napisałeś, że coś ci nie pasowało w tym wpisie – może chodzić o przyimek “mój”. Wydaje mi się, że kochanie ludzi, którzy są moi nie sprawia, że innych nie kocham. Ale z tym budowaniem murów i wykluczaniem to prawda: bardzo trudno jest się obronić przed pokusą zamknięcia wśród tych, którzy myślą i czują tak samo.

    A co do języka, to myslę, że droga jest taka: zroumieć treści, wprowadzic je do swojego serca a potem mówić o nich w języku, którym posługujemy sie na codzień. Ekstremalna jazda bez trzymanki :)


  5. Zacznę od języka – dobrze, że mi przypomniałaś, że znaczenia słów trzeba najpierw “wprowadzić do serca” ( jak to przetłumaczyć z Kościelnego na polski? – bo przecież nie o kardiochirurgię chodzi ;) )
    Jakoś dziwnie łatwo o tym zapominam. ;)
    A bez tego hipokryzja murowana.

    Teraz o kochaniu innych: dokładnie, jak wyżej. Ja także nie twierdzę, że nie kochamy innych ludzi, tych spoza Kościoła. Ale skupiamy się na tym, co “wprowadziliśmy do serca”, na ludziach nam bliskich. Dla innych po prostu mało zostaje naszej miłości i uwagi.
    Tak, jak piszesz – jest zasadnicza różnica między tym, co jest poglądem, deklaracją, stanowiskiem, a tym, co jest “wprowadzone do serca”, co realizujemy w praktyce.
    I chyba tak też jest z miłością.

    Pozdrawiam


  6. “A co do języka, to myslę, że droga jest taka: zroumieć treści, wprowadzic je do swojego serca a potem mówić o nich w języku, którym posługujemy sie na codzień. Ekstremalna jazda bez trzymanki :)

    Hmm… Contemplare, et contemplata aliis tradere..? :D


  7. Ciśśś, nie tak głosno…
    :D


  8. I proszę, powyżej mieliśmy świetny przykład hermetyczności języka :D
    Ale wracając ad rem: z Kościołem to jest taki problem, że często myślimy o nim nie jak o ludziach, a jak o instytucji. Nawet biskupowi (jednemu z tych normalnych :) ) ostatnio się zdarzyło powiedzieć: “Kościołowi i ludowi bożemu”… Poza tym dobrze jest patrzyć na “swój Kościół” poprzez konkretnych ludzi, ale to nie zmienia faktu, że istnieje też jako zbiorowość, za którą czasami wypada się wstydzić… Z tą miłością jest jak z każdą inną, czasami z miłością trzeba użyć ostrego tonu, a może nawet dać klapsa ;)


  9. Hermetycznego języka ?
    Trudne słownictwo w obcym i martwym języku i jeszcze ćśśś.
    Trzeba było jeszcze użyć białej czcionki :D


  10. Kisiel (Stefan Kisielewski) napisal kiedys (25 lipca 1970 roku) w swoim ‘Dzienniku’ : ‘(… ) jezyk to w ogromnym stopniu wyraz czy forma duchowosci.’
    ***
    Przeczytalam dwa razy to, co napisalas o milosci do Kosciola, moze dlatego, ze nigdy nie zdarzylo mi sie tak nazwac swojego uczucia, swojej postawy raczej, wobec Kosciola. I mysle, ze tak mozna opisywac swoj stan zakochania – zakochania
    ( sie?) w Kosciele. Znam jedna osobe, ktora podobnie odbiera Kosciol – nie tak dawno zostala katoliczka. Ja, katoliczka od urodzenia, juz co-nieco zrutynizowana, nie umiem tak jak ona, swiezo, i niemal bezkrytycznie, patrzec na Kosciol. Zwlaszcza, ze Kosciol to dla mnie i wspolnota i instytucja i liturgia i ludzie przerozni i swietosc i bledy i braki i potrzeby i niecheci i tajemnica, takze w kazdym z nas – osobiste, indywidualne szukanie drogi, szczescia z Bogiem. I ja jestem kawalkiem tego Kosciola i Ty…Jest tez Kosciol narzedziem zbawienia…


  11. “Ja, katoliczka od urodzenia, juz co-nieco zrutynizowana, nie umiem tak jak ona, swiezo, i niemal bezkrytycznie, patrzec na Kosciol.” – to się nazywa miłość dojrzała :) takie w takim wieloletnim małżeństwie nie mówi się codziennie, że jedno woli makaron a drugie ziemniaki. To już się wie ;)



Skomentuj