
“Kochanice króla”, reż. Justin Chadwick
czerwiec 6, 2008
Od pomysłu pójścia na ten film nie odwiodły mnie nawet tfurcze zapędy tłumacza tytułu, który “The Other Boleyn Girl” oddał jako “Kochanice króla”. I nie żałuję.
Zasadniczo na scenie mamy dwie siostry: niezależną i do granic możliwości ambitną Annę i piekną, dobrą Marię; poza tym jeszcze króla i królową. Za sceną mamy w roli pociągaczy sznurków wuja dziewcząt, ich ojca i zmuszoną do bezradnego przyglądania się dramatowi rodziny matkę-kasandrę (świetna rola Kristin Scott Thomas). Eric Bana jako Henryk VIII nie napracował się za bardzo, ponieważ rola też nie dała mu pola popisu: klasyczny samiec alfa – przepraszam, jesli urażam tym czyjś wzrok i wrażliwość, ale to pojęcie najlepiej oddaje charakter tej postaci. W niektórych scenach wręcz widać, jak krew odpływa mu z mózgu (swoją drogą jednak trzeba mieć talent, żeby to tak przekonująco zagrać
) i jedyne co wyziera z jego pięknych czarnych oczu to testosteron. Portman (Anna) i Johansson (Maria) – obie przekonujące i uważam, że świetne, zwłaszcza pierwsza z nich w scenie, kiedy roni królewskiego syna i wpada w panikę.
Dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o skutkach manipulowania innymi w imię realizacji za wszelką cenę swoich ambicji. Anna, traktująca Henryka jako trofeum, które chce zdobyć dla swojego ojca a potem także dla siebie, gra. Używa wszelkich dostępnych sobie sztuczek, wykorzystuje królewskie namiętności i zdobywa to czego pragnie. A w zasadzie, kiedy to zdobywa, odkrywa, że to nie jest to, czego szukała. Wygrana w tej grze – szczęście – przechodzi z rąk do rąk. I ostatecznie wygrywa Maria: kilkakrotnie przegrana, poraniona zarówno przez króla, jak i przez Annę. Ta kończy na szafocie pociągając ponadto za sobą swojego brata. Upokorzona, przerażona, ogołocona. Król ją odepchnął, utraciła dziecko, była królową, ale nie była uznana ani przez dużą część ludu, ani przez Kościół.
W filmie widać też wyraźną feministyczną nutkę: ten wstrętny patriarchat traktujący kobiety jako towar do wkupienia się w łaski króla, sprowadzający je do żywych inkubatorów. I tryumf kobiecości: na zakończenie informacja, że córka króla z Anną panowała nad Anglią przez 45 lat i ujęcie wesołej, rudowłosej dziewczynki biegnącej w wysokiej trawie. Biedna Elżbieta, cóż ona może teraz poradzić na to, że jej biografia świetnie pasuje do feministycznych teorii?
Kwestie historyczne są potraktowane bardzo powierzchownie, Walter Scott pewnie byłby zachwycony zaprezentowanym podejściem. W każdym razie nie można wykorzystac tej narracji do uczenia dzieci o tamtej epoce. Słabą strona filmu jest też muzyka: wątki XIX-wieczne, brak sięgnięcia do epoki. Szkoda, lubię muzykę renesansu, tu z pewnością pomogłaby zbudować klimat.
W filmie jest kilka ogranych kalek z innych produkcji o tamtej epoce, chociażby z “Elizabeth”, ale nie da się ukryć, że od strony scenografii i kostiumów film jest dopracowany. I chociaż wymienianiem się kochankiem może się kojarzyć z wenezuelską telenowelą, to jednak warto zobaczyć, chociażby po to, żeby zobaczyć jak skutecznie manipulacja potrafi zniszczyć i jak bezradny jest mężczyna, który nie potrafi panować nad swoimi popędami. Momentami aż żal patrzeć…
