Czeka mnie teraz miesiąc oddawania się namiętności. Przy wygaszonym świetle, w miękkim fotelu i (zwykle) dobrym towarzystwie.
Otóż do kin wchodzą conajmniej trzy tytuły, które chcę zobaczyć (Mój przyjaciel lis, Książę Kaspian, Potosi: czas podróży). Mam jeszcze kilka zaległych filmów, ale zaczekam z ich oglądaniem do “5 zł za sztukę” w krakowskim ARS-ie, bo z pewnością pojawią się w jego trakcie.
Cóż, mam słabość do kina. Wielką. Lubię klimat reklam, zapowiedzi, zakopania się na kilkadziesiąt minut w innym świecie. Pozwala mi to odpocząć a jednocześnie przyjrzeć się na spokojnie temu, czym autorzy chcą się ze mną podzielić. Zupełnie jak w “Sprzedawcy marzeń” Giuseppe Tornatore, gdzie jeżdżący po włoskich miasteczkach i wsiach pseudoselekcjoner filmowy dawał ludziom złudzenie, że wyrwą się ze swojego, zniszczonego wojną świata. Przez moment nagrywania próbnej scenki byli kimś innym, niektórzy nawet przyjmowali tę inność na dłużej. Kupowali jego opowieść, bo marzenia są tym, co pozwala przetrwać tam, gdzie nadzieja jest luskusem. To nędzny substytut, ma sporo skutków ubocznych, ale jest skuteczny.
