Znów inspiracja komentarzem, tym razem dru’.
Myślę, że wskazałeś na parę ważnych kwestii w tym, co napisałeś pod poprzednim wpisem. Po pierwsze na to, że spowiedź jest źle rozumiana, ponieważ osoby, które mają ją przyjmować, są błędnie formowane. Bardzo podobało mi się to, jak o przygotowaniu do pierwszej spowiedzi mówiła w “Między sklepami” jedna z założycieli portalu mateusz.pl - trzeba dziecku wskazać na to, że ten Bóg, którego tam spotka, jest Miłosierny a więc otrzymane przebaczenie jest całkowite i można ignorować późniejsze poczucie winy. Tutaj zresztą jest też problem w tym, że nikt nie uczy rozróżniania wyrzutów sumienia i poczucia winy. Pierwsze prowadzą do nawrócenia, motywują pozytywnie do zmian i, przede wszystkim, są skutkiem naszej wrażliwości na głos Boga w nas. Poczucie winy ma działanie destrukcyjne, pochodzi od Złego i polega zasadniczo na niebezpiecznym balansowaniu na pograniczu rozpaczy ze sztandarem “Jak wielkim jestem grzesznikiem, o!, jak wielkim!” W duchowości katolickiej ten nurt wciąż jest obecny - pokusa skupienia się na sobie pod pozorem żalu za grzechy.
I tu pojawia się druga kwestia, o które wspomniałeś: przyjęcia przebaczenia i spowiadania się bez końca z grzechu, który już raz się wyznało. Podobnie zachowują się też kobiety, które mają syndrom postaborcyjny: bez końca spowiadają się z tego, że usunęły. Myślę, że istotne tu sa dwie rzeczy: po pierwsze wydaje mi się, że to dobrze, że ludzie, którzy noszą w sobie taką ranę, mają do kogo przyjść i wyrzucić z siebie swoje cierpienie bez płacenia za wysłuchanie swoich zwierzeń (najlepiej zresztą gdyby mieli dobrego stałego spowiednika). Po drugie, tak właśnie wygląda Boże leczenie tych ran: na kolejnych powtórkach, na upewnianiu człowieka zranionego grzechem, że zostało mu przebaczone.
I tu jest ważna rola penitenta: zaufać Bogu, że obiektywnie to zostało odpuszczone, inaczej dana łaska nie ma możliwości działania. Subiektywne odczucia moga być różne, diabeł nie przestanie takiej osoby kusić do rozpaczy i o tych pokusach należy mówić spowiednikowi, żeby się od nich uwolnić, ale przebaczenie się dokonało. Ważne jest, żeby nie mylić tych dwóch płaszczyzn: mojego samopoczucia i tego, co faktycznie się dokonuje. Tylko, że trzeba zaufać, że to się dokonuje. Trudne, ale wykonalne
Pisząc o zaczynaniu od nowa nie miałam na myśli tego, że skreślam przeszłość. Nie - oddaję ją Bogu i przyjmuję na nowo. Łatwiej to zrozumieć patrząc z perspektywy Eucharystii: tam wyraźniej widać tę wymianę. Bóg daje nam ziarno i winogrona, my robimy z nich chleb i wino i przynosimy to Bogu, Bóg zamienia je w swoje Ciało i Krew i daje nam. Na spowiedzi ja daję Bogu moje życie (dlatego ile razy się spowiadam, mówię też na początku o tym, co mi się udało i dziękuję za to Bogu) i On je przemienia, jak chleb i wino na ołtarzu. Od nowa w tym wypadku oznacza: z nową siłą. Bóg w spowiedzi uzdrawia, raz mi się zdarzyło, że uzdrowił mnie nawet fizycznie, ale bardzo dużo tu zależy od naszego zaufania w to, że On ma moc to uczynić.
No i dużo zależy od spowiednika, ale to już temat na inny, baaaaardzo długi wpis ![]()
