h1

Słownik słów passe, literka s

maj 7, 2008

SPOWIEDŹ:

Inaczej: sakrament pojednania. Sakrament, którego materią są grzechy a znakiem sakramentalnym rozgrzeszenie.

Pisałam już o nim na blogu, ale komentarz b_m pod poprzednim wpisem zainspirował mnie do napisania jeszcze raz, ponieważ przypomniał mi o tym, jak postrzegany jest ten sakrament poza Kościołem.

Często uważa się go za narzędzie manipulowania ludźmi, formę rządu dusz. Penitent (osoba spowiadająca się) jest bezwolną ofiara, której Wielki Brat w konfesjonale dyktuje, jak ma się zachowywać i myśleć. A to nie tak. To prawda, że są spowiednicy, którzy “bawią się” w dyktatorów i oczekując bezwarunkowego posłuszeństwa łamią ludziom kręgosłupy oraz niszczą psychikę, ale prawdą też jest, że penitenta nikt do korzystania z usług tego akurat spowiednika nie zmusza.

Podstawą tej relacji jest modlitwa, proszenie Ducha Świętego o światło i prowadzenie. Trzeba też zawsze pamiętać, że tam, po drugiej stronie kratek jest człowiek, który też jest słaby, myli się, popełnia błędy, może mieć swoje problemy psychiczne. Jeśli spowiednik próbuje wymuszać coś na penitencie szantażem emocjonalnym, moralizuje zamiast spytać i starać się zrozumieć, upokarza, lub stara się przypodobać penitentowi i unika stawiania mu wymagań, to są znaki, że trzeba poszukać innego spowiednika. Dobry spowiednik, to ktoś, kto się modli i umie słuchać zarówno człowieka, jak Boga. Ktoś, kto nie udaje, że jest kimś więcej niż jest w rzeczywistości, nie próbuje być wszechmocny i wszechwiedzący. To jest mój brat w Chrystusie: ktoś tak, jak ja słaby i dążący do Boga, choć jednocześnie przez tego Boga i Kościół wybrany do tego, żeby mieć moc odpuścić mi grzechy i udzielić pouczenia.

Spowiedź nie służy zdaniu raportu za ostatni czasookres czy zyskaniu potwierdzenia, że jesteśmy spoko. Jest to próba zobiektywizowania mojej relacji z Bogiem i ludźmi. Często nie zauważamy tego, jak jesteśmy trudni dla innych i fałszywi wobec Boga – rachunek sumienia i spowiedź są szansą, żeby to zobaczyć. Więcej – są szansą, żeby oddać to Bogu i pozwolić Mu działać w tych przestrzeniach, które naruszyliśmy przez naszą głupotę lub upór. Jest to też szansa na doświadczenie tego, że On nas kocha. Bezgranicznie i bezwarunkowo. Wiele razy zdarzało mi się odchodzić od konfesjonału z łzami w oczach i to nie dlatego, że spowiednik mnie zniszczył, ale dlatego, że kiedy słyszałam formułę rozgrzeszenia i kapłan wykonywał znak krzyża nad moją głową, czułam, że Bóg zdejmuje z moich ramion ciężar i bierze go na siebie. Wiele razy też czułam olbrzymią radość i lekkość: jeszcze jedna szansa, jeszcze raz od nowa.

Tu działa Duch Święty, drugi człowiek też jest ważny, bo reprezentuje on wspólnotę, w jego twarzy widzę twarze tych wszystkich, którym wyrządziłam krzywdę swoimi grzechami (w tym także moją własną), ale na pierwszym miejscu jest tu Duch Święty i Jego działanie. Jeśli tak ustawimy priorytety, jeśli spowiedź będzie przede wszystkim wypływała z pragnienia bycia w prawdzie i miłości wobec Boga i ludzi, to manipulacja jest mało prawdopodobna.

I tak w temacie poprzedniego wpisu: jest to masakrycznie trudny sakrament dla ludzi z zaburzeniami narcystycznymi choć, paradoksalnie, jest to jednocześnie najlepsze dla nich lekarstwo.

3 komentarzy

  1. Spowiedź to temat niezmiernie trudny. Zamierzam coś w tym temacie popełnić, ale to pewnie dopiero za kilka miesięcy.

    Ale mówiąc krótko nie podobają mi się trzy rzeczy. Pierwsza z nich to beznadziejność spowiedzi. Ta chwila radości, to zaledwie chwila radości na oceanie poczucia winy w którą wpada się kilka godzin, jeśli nie chwil po samym procesie spowiedzi. Spowiedź wspiera pewien sposób patrzenia na religię jako spotkanie nic niewartego grzesznika z “zmuszonym” do wiecznej litości Bogiem. Oczywiście katolicyzm wykracza poza ten schemat, jest w nim nurt czegoś co nazwał bym religią miłości, ale nie każdy o nim wie i styka się z nim na co dzień.
    Ja sam byłem pod wpływem takiego sposobu myślenia w okresie nastoletnim i żyłem w ciągłym poczuciu winy, że wszystko robię źle. Że nie jestem w stanie być dobrym człowiekiem. I nie wydaje mi się, abym ten sposób patrzenia na świat sam wymyślił. Ktoś mnie jego nauczył, w okresie gdy bezkrytycznie przyjmowałem autorytet dorosłych.

    Po drugie od jakiegoś czasu traktuję, proces życia jako pewną ciągłość. Jako podróż, nie jak rachunek księgowy. “Zaczynanie od nowa” to złudzenie. Z perspektywy kilkunastu lat doświadczenia jestem przekonany, iż wypowiedzenie grzechów nie zmienia nas ani o jotę. Co więcej, sprawia wrażenie, że coś się zmieniło we mnie, że stałem się lepszy, a to jest nieprawda. Nieprawda, która utrudnia uczenie się. Wydaje mi się, że niektórzy ludzie mają nieprzyjemność to przeżyć. Znajomy ksiądz opowiadał mi, że ludzie przychodzą do niego wielokrotnie spowiadając się z tego, że zrzucali napalm w Wietnamie. Oni nie widzą tego “od nowa”. Wiedzą, że zrobili coś potwornego, a spowiedź nie pomaga się z tym rozliczyć.

    Po trzecie brakuje mi procesu przeciwnego do spowiedzi. Czemu nie ma fragmentu, w którym mówi się: “Od ostatniej spowiedzi zrobiłem następujące dobre uczynki:” Wtedy można by mówić o pewnym bilansie. O dostrzeżeniu swoich mocnych stron i pracy nad nimi.

    I na koniec, z całego życia pamiętam tylko jedną, jedyną spowiedź, gdy kilkanaście lat temu w podsumowaniu ksiądz powiedział: Ty jesteś dobrym dzieckiem. I był to jedyny raz kiedy coś takiego od księdza usłyszałem. Mam wrażenie, że to trochę mało jak na ogromną ilość kontaktów jaką przeżyłem z duchowymi pasterzami.


  2. Co do beznadziejności spowiedzi – owszem, ale tylko wtedy, kiedy rzeczywiście stoi się w miejscu i przychodzi do konfesjonału z tymi samymi grzechami. Ale jaka radość jest, kiedy się w końcu ruszy z miejsca! Choćby według schematu: dwa kroki do przodu, jeden w tył.

    Nie jest prawdą, ze ludzie się nie zmieniają. Jakiś okrutny fatalizm w tym czuję. Widzę wokół siebie ludzi, którzy rosną, rozwijają się, dają owoce.
    Może rzeczywiście nie same spowiedzi nas zmieniają, a wszystko to, co robimy w okresie między nimi. Spowiedź jest tylko momentem podsumowania naszych wysiłków, chwilą prawdy.

    Co do procesu przeciwnego do spowiedzi – mamy przecież Eucharystię. Jeśli uważasz, że jesteś “dobrym dzieckiem”, że przejdziesz proces “weryfikacji” ze strony własnego sumienia – jest nagroda.

    Sprawa poczucia wartości chrześcijanina, to chyba osobny temat, który według mnie kręci się wokół przykazania miłości: “Kochaj bliźniego swego , jak siebie samego”. Jak mam kochać bliźniego, jeśli nie kocham siebie?

    Pozdrawiam !


  3. Geoffrey, ależ oczywiście, że ludzie się zmieniają. Myślę tylko, że spowiedź nie ma dla samego procesu zmiany znaczenia. Zmieniali by się gdyby nie chodzili do spowiedzi również.
    Ale zmienia się przecież z biegiem życia samo podejście do spowiedzi, jej znaczenia. W pewnych momentach życia spowiedź może mieć dla nas znaczenie fundamentalne, oczyszczające, podsumowujące. Niemniej takie sprawy to już chyba zależą od konkretnego człowieka.

    Odnośnie procesu “weryfikacji” to nie jest on przeciwny do procesu spowiedzi. Nie ma tu drugiego człowieka, który słucha i reaguje na nasze zasługi dobre uczynki.

    A co do przykazania, to… Hmm… Dwie dekady już się nad tym zastanawiam co to znaczy “kochać siebie”. Mój stosunek do siebie, nie przypomina stosunku do kogokolwiek innego na tym świecie. Fajne zdanie, ale chyba przerasta moje zdolności pojmowania i umiejętność rozpoznawania uczuć i darzenia nimi innych i siebie. Inteligencja emocjonalna nigdy nie była moją mocną stroną. :)



Skomentuj