Pytanie jedno mianowicie mnie dręczy: Co myśmy zrobili z chrześcijaństwem, że stało się formą nabożnej martyrologii? Że kiedy czuję radość to rodzi ona we mnie poczucie winy a kiedy słyszę czytania o radości z bycia chrześcijaninem dyskretnie omijam te teksty z cichą wewnętrzną uwagą do ich Autora, że przecież tak nie wypada, bądź zaraz wizualizuję sobie Golgotę, że to tylko w tej perspektywie, że przede wszystkim cierpienie, krew, pot i łzy.
To też, ale na Miłość Boską, nie przede wszystkim!!! Bez poranka Trzeciego Dnia dzieło Chrystusa byłoby bez sensu. Święty Paweł pisze w Pierwszym Liście do Koryntian: “A jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest wasza wiara i aż dotąd pozostajecie w grzechach waszych”. A zmartwychwstanie to radość. RADOŚĆ. Rozrywająca ścianki serca, dudniąca krwią w skroniach, dająca siły do tego by biec bez znużenia i wołać, że On zmartwychwstał, że mamy Ojca, który nas kocha poza śmierć i dlatego nie możemy umrzeć ani żyć zaledwie połowicznie - jedynie pełnia życia albo nic. Cudowne. Cudowne, że czując radość, widząc piękno, czując satysfakcję z owoców mojej pracy mogę stanąć przed Bogiem i powiedzieć Mu: “Patrz, Tato, ile szczęścia!” I nie usłyszę: “No dobrze, ale tu ci nie wyszło, to mogło być lepsze a poza tym czemu się tak cieszysz, jak głupi do sera, zobaczysz, jeszcze się w życiu nacierpisz!” On nie może tak powiedzieć, bo przecież ta radość, to piękno, te owoce to Jego dzieło, Jego dar dla mnie. To z Niego wypływa i Jego mocą to czynię.
Nie ma potrzeby skupiać się na cierpieniu, ono przyjdzie wcześniej czy później, bo obumieranie starego człowieka w nas boli. Znamy już jego ścieżki i chociaż wiemy, że na ich końcu czai się mrok i śmierć to łatwiej nam je wybrać. Zaufanie, którego domaga się wybór nowej drogi, wymaga zmierzenia się z lękiem przed pomyłką, zagubieniem czegoś, porażką. Często na początku nowej drogi jesteśmy przerażeni jej wymaganiami, bo do tej pory spędzaliśmy czas na leniwym włóczeniu się z kąta w kąt a tu trzeba będzie codziennie przejść zdrowy kawałek szlaku i na początku nasz duchowy “organizm” będzie się buntował, bo nie ma kondycji. Będzie snuł przerażające wizje, że “nie przejdę, nie dojdę, to za daleko, umrę, udławię się kwasem mlekowym [niepotrzebne skreslić
]“. Ale im dłużej się idzie, tym lżej się idzie a kiedy nie ma już sił, On nas bierze na ręce. Nawet tego jeśli nie czujemy, tak, jak nie czuła tego Matka Teresa, to On nas bierze na ręce.
I we wszystkim tym najpiękniejszy jest koniec tej drogi – zjednoczenie z Nim w radości zmartwychwstania. Bo ta historia ma happy end, o którym tak łatwo zapomnieć a który nadaje jej sens – pełnia życia i to na dodatek bez końca. Jesteśmy powołani do radości i dobrowolne nurzanie się w boleści (a nie daj Boże jeszcze z satysfakcją!) jest negowaniem tego powołania. I już.


