Posted by: ewiater | kwiecień 20, 2008

Z komentarzy

Myślę, że ta wymiana opinii jest na tyle ciekawa, że warto ją wyciągnąć do posta ;) Tu wrzucam tylko wpis ks. Szymona i moją odpowiedź, po wcześniejsze wypowiedzi zapraszam tutaj.

Szymon:

Elu droga - wszystkie środki duszpastersko-ewangelizacyjne, o których piszesz w komentarzu są jak najbardziej konieczne. Potrzeby katechez dla dorosłych będę jednak nadal bronił. Wszak wiara rodzi się z tego, co się słucha, a tym, co się słucha jest Słowo Boże. Uważam, że dorośli potrzebują opartej właśnie na Słowie Bożym formacji katechetycznej, która pozwoli pogłębić ich wiarę i wiedzę (wszak są one często na poziomie tego, co wynieśli z katechez szkolnych…).

Zorganizowaliśmy 3 lata temu w naszej parafii w Katowicach cotygodniowe katechezy biblijne dla dorosłych właśnie. Frekwencja przekroczyła nasze najśmielsze oczekiwania i zebrani ludzie (część to były osoby związane z ruchami przy parafii, ale większość to zwykli wierni “niedzielni” ;) z trudem mieścili się w sali. Jest w nich to pragnienie pogłębienia wiary i wiedzy religijnej.

A co do chrześcijaństwa pierwotnego, to przypomnę, że przed doświadczeniem były jeszcze katechezy katechumenalne.

Mishko, Szymonie - były, nie zaprzeczam, ale sakramenty wyjaśniano po ich udzieleniu - był prymat doświadczenia nad mówieniem.
Oboje macie rację, moja poprzednia wypowiedź brzmiała zbyt radykalnie, ale z rozmów z ludźmi wiem, że podstawowym głodem w naszym Kościele jest brak doświadczenia Boga pociągający za sobą “niemotę” liturgii i to nie tylko tę związaną z brakiem mistagogii, ale przede wszystkim z tym, że na kazaniach/katechezach mówi się jedno a życie bezlitośnie odziera ze złudzeń. To prowadzi do odrzucenia usłyszanych treści, bo wydają się one być nierealne, coś jak bajka czy mit.
Przykład? Obie z Mishką mamy szczęście korzystać z katechez i kaznodziejstwa krakowskich dominkanów. Wiele razy słuchałyśmy o. Tomasza Kwietnia, jego zachęt do głębokiego przeżywania liturgii, całe nadziei szłyśmy na mszę i co? I nico, znów Druga Eucharystyczna, co tam, że jest okres wielkanocny i warto byłoby poświętować. Proszenie przeora czy innych ojców niewiele daje (chociaz ostatnio padre magister studentatu wybierał ostatnio w niedzielę Kanon Rzymski, nie da się zaprzeczyć). Tutaj to są już smaczki dla koneserów w postaci modlitwy eucharystycznej, ale co powiedzieć o parafiach, w których w niedzielę czyta się tylko jedno czytanie, bo “ludzie się nudzą a zresztą i tak nikt nie słucha” (zastrzegam - proboszcz nie ma na nazwisko “Nikt”).
Głód w ludzie jeszcze jest, ale w pokoleniu starszym. We wschodniej Polsce, skąd pochodzę, już młodsze pokolenie do koscioła nie chodzi. I to księża tych ludzi z kościoła wygonili brakiem kazań, mistagogii, czy nawet wiary. I wielu kapłanom i tym wiernym brak doświadczenia Boga, Tego, że On ŻYJE i DZIAŁA. I od tego wg mnie trzeba zacząć - od doświadczenia, bo życie sakramentalne kiedyś tam oni już zaczęli.
Patrzę na ludzi w tej wiejskiej parafii i widzę głód, ale to nie jest tylko głód słowa: to jest głód doświadczenia obecności Boga. Oni wierzą siłą tradycji, ale to źródło już się wyczerpało i ma rację Szymon Hołownia, kiedy bije na alarm, że kościoły wkrótce będą puste. W niektórych parafiach już są, bo nie ma młodych - oni w czasie mszy odsypiają nocną imprezę, albo oglądają telewizję i nie przyjdą na katechezy, bo tym co ich najbardziej nudzi, jest konieczność słuchania kolejnego kazania.

Odpowiedzi

Z całej mszy to kazanie jest dla mnie moment największego skupienia intelektualnego.
Od jego jakości uzależniam wysokość ofiary na tacę. :D

Wiesz, myslę, że to podejście należy UPOWSZECHNIĆ i to jak najszybciej :D

Ja nie daję na tacę, jak Pan Jezus jest z lodówki (Tomasz K. mnie zdemoralizował, to jego wina ;>). A co do życia sakramentalnego, to ja w mojej wsi 10 km od Krakowa niczego takiego nie zauważyłam. Proboszcz zużywa msze na gapienie się po całym kościele, kto przyszedł, a ludzie na przyglądaniu się sobie wzajemnie, jak się kto ubrał. Jeśli ktoś się wychyli (dlaczego ja, jak zwykle?) i na przykład żegna się trzema złączonymi palcami albo skłania głowę na błogosławieństwo, to wszyscy to NATYCHMIAST zauważają i cała wieś plotkuje (a potem proboszcz się gapi…). Młodzieży nie ma i już. Zasadniczo młodzi ludzie znikają z kościoła parafialnego po wojskowym drylu pierwszej komunii i jej rocznicy, która jest uświęconą tradycją rodzinną i milczącym nakazem szkolnym. Serio, przyglądam się od kilku lat, ale nie zauważyłam najmniejszych nawet objawów ani też potrzeby jakiegokolwiek życia duchowego. Cała para i proboszcza, i parafian idzie w budowanie kolejnych coraz piękniejszych murków, parkanów i chodników. Są z tym bardzo szczęśliwi i uważają, że wszystko działa jak należy. Jak w tym dowcipie o procesji na Boże Ciało i księdzu, który był taki zadowolony, że wszystko dobrze zorganizował i się super udało, zapomniał co prawda wstawić hostii do monstrancji, ale to tylko jedna drobna upustka w porównaniu z ogólnym sukcesem.

“Nie chodzi o to, by mówić o B. Chodzi o to, żeby mówił B.” Chodzi więc o to, żeby słuchać, uważać, otworzyć się - nawrócić (skierować, zorientować). Metanoia - jak łatwo wywnioskować z tekstu Pisma - to nie to samo, co wiara w Ewangelię. To raczej przygotowanie, zejście z fałszywej drogi, rozwianie złudzeń (dlatego do tego miejsca chrześcijaństwo może być bliskie buddyzmowi, czy najnowszej filozofii, albo sztuce…). Ludzie zwykle otwierają oczy i uszy w szoku - w wyniku tragedii, zdziwienia - najlepsze są cuda :) - ale też świadectwa innych. I o to świadectwo - myślę - chodzi najbardziej już w samym przepowiadaniu Ewangelii, możliwym PO nawróceniu słuchaczy. Może być to świadectwo czynu, życia, ale może być to świadectwo autentyczności człowieka Ducha, człowieka ewangelicznego - słów, które brzmią mocą wewnętrznej otwartości na B. i nad którym człowiek się nie głowi, jak zresztą radzi Pismo… Świadectwo jest możliwe wtedy, gdy świadek doświadcza - sam jest otwarty i w tym otwarciu usłyszał i uwierzył Ewangelii. Jeśli coś wtedy mówi, to jak ten, który ma władzę, nie jak uczeni w piśmie… Tymczasem skupienie na kazaniach, czy katechezach może wręcz oddalać od B. - nie wiem tego, rzecz jasna, ale tak mniemam z własnego doświadczenia - ponieważ człowiek skupia się na układaniu słów, ich sile retorycznej, posłuchu, albo, gdy jest słuchaczem, na urodzie słowa, a nieczęsto i mówcy :)
Zresztą, mam wrażenie, że Kościół Katolicki nie głosi już Dobrej Nowiny, ale uprawia specyficzny rodzaj literatury mówionej, tudzież czytanej na głos. Jeśli są potrzebne katechezy dla dorosłych, cóż powiedzieć o katechizacji szkolnej? Może spełnia ona wiele potrzeb kościoła, prócz tej, która winna być najważniejsza… Cóż powiedzieć o listach, czytanych zamiast kazań, pełnych zazwyczaj pustej frazeologii i “nawracających” ku sprawom świata, polityki? Cóż powiedzieć o kazaniach, w których nie odnosi się do liturgicznych czytań? Może jest tak, że większość kaznodziejów opowiada o tym, o czym słyszy w rtv, co przerabiają politycy i biskupi, nadążający za politykami (zamiast za Jezusem)- aborcja, seks, in vitro, markety otwarte w niedziele - a jakoś nie zauważają realnych problemów moralnych ludzi… Tymczasem te polityczne, ważne skądinąd, problemy rodzą się z zupełnie podstawowej niewiary wierzących, albo braku otwarcia, które ujawnia się w rzeczach najprostszych, jak stosunek do pieniądza, własnego życia i jego celów, sposobu pracy, relacji do bliskich, itd.
W tym przydługim wpisie, nieco chaotycznym (Pani Elu - zawsze takie wielkie tematy!), opowiadam się po stronie Gospodyni. Problem w tym, że i liturgia jest “z drugiej ręki” - modlitwy czytane z książeczek, byle tylko wszystko odmówić, co do odmówienia było…
“Mówię, bom smutny, i sam pełen winy…”

Bardzo się cieszę, Bohjan, że się rozpisałeś :) Zwłaszcza dziękuje ci za ten fragment o odczuciach osoby mówiącej (chociaż wtręt o podziwianiu urody kaznodziei nieco mnie zaniepokoił… ;) ). Współczuje głoszącym kazania, bardzo trudno jest mówic tak, żeby to Duch przez nas mówił.

My tu sobie tak dyskutujemy miło i “przeciwstawnie”, a przecież chodzi o to, żeby połączyć dobre z dobrym :D Np. piękną liturgię ze świadomym jej przeżywaniem, mówienie kazania z własną modlitwą, fides z ratio…
Ja jestem “rozpieszczona”, bo najpierw mnie pochłonął Ruch Światło-Życie (w najlepszej swej części, bo katowickiej ;) ), potem krakowscy dominikanie, więc chyba dlatego domagam się więcej i “czepiam się” pozornych duperelek (jak np. zgodności treści mówionej z wykonywanym gestem czyli inaczej mówiąc świadomego uczestnictwa). Ale to mi się nie wzięło li tylko z “przeżywania”, po zachwycie przychodzi czas na pogłębienie, a to przez lekturę czy słuchanie kazań i wykładów. I gdybym po np. Triduum w Krakowie była skazana potem tylko na słuchanie kazań w typie opisanym przez Bohjana (w tym koszmarnych listów, które nie mają prawa zastąpić homilii), to obawiam się, że na długo by mi to nie wystarczyło… Mam przykład we własnej rodzinie, kiedy kuzyn, będący właściwie na granicy życia sakramentalnego, po krótkim pobycie w Krakowie i regularnych niedzielnych mszach na Stolarskiej, wrócił do rodzinnego miasta i po dwóch mszach w parafialnym kościele powrócił do stanu pierwotnego… Zatem jak najbardziej konieczna jest poprawa w kwestii sprawowania liturgii we wszystkich kościołach (dominikanów też to dotyczy, żeby nie było, że tacy święci są…), wraz z poprawą jakości (sensowności) kazań, bo to jest najlepsza katecheza dla wierzących. Ale dajmy możliwość też tym, którzy chcieliby dalej postępować na drodze świadomej wiary i świadomego uczestnictwa w życiu Kościoła, choćby przez katechezy dla dorosłych. Nie wszystko da się powiedzieć na kazaniu czy w konfesjonale, nie każdy też ma “ciągotki” do uczestniczenia w jakiejś zorganizowanej grupie duszpasterskiej. A na wykłady przyjść można “prosto z ulicy”.
Zadanie dla nas, świeckich: modlić się o mądrość dla kapłanów i domagać się od nich odpowiedniej jakości :D A kapłani niech pamiętają, że świecki nie gryzie i można z nim normalnie rozmawiać, a nawet uzyskać dobrą radę. A przynajmniej chwilę przyjemności płynącej z rozmowy z inteligentnym człowiekiem :D

Leave a response

Twoja odpowiedź:

Kategorie