Myślę, że ta wymiana opinii jest na tyle ciekawa, że warto ją wyciągnąć do posta
Tu wrzucam tylko wpis ks. Szymona i moją odpowiedź, po wcześniejsze wypowiedzi zapraszam tutaj.
Szymon:
Elu droga - wszystkie środki duszpastersko-ewangelizacyjne, o których piszesz w komentarzu są jak najbardziej konieczne. Potrzeby katechez dla dorosłych będę jednak nadal bronił. Wszak wiara rodzi się z tego, co się słucha, a tym, co się słucha jest Słowo Boże. Uważam, że dorośli potrzebują opartej właśnie na Słowie Bożym formacji katechetycznej, która pozwoli pogłębić ich wiarę i wiedzę (wszak są one często na poziomie tego, co wynieśli z katechez szkolnych…).
Zorganizowaliśmy 3 lata temu w naszej parafii w Katowicach cotygodniowe katechezy biblijne dla dorosłych właśnie. Frekwencja przekroczyła nasze najśmielsze oczekiwania i zebrani ludzie (część to były osoby związane z ruchami przy parafii, ale większość to zwykli wierni “niedzielni”
z trudem mieścili się w sali. Jest w nich to pragnienie pogłębienia wiary i wiedzy religijnej.
A co do chrześcijaństwa pierwotnego, to przypomnę, że przed doświadczeniem były jeszcze katechezy katechumenalne.
Mishko, Szymonie - były, nie zaprzeczam, ale sakramenty wyjaśniano po ich udzieleniu - był prymat doświadczenia nad mówieniem.
Oboje macie rację, moja poprzednia wypowiedź brzmiała zbyt radykalnie, ale z rozmów z ludźmi wiem, że podstawowym głodem w naszym Kościele jest brak doświadczenia Boga pociągający za sobą “niemotę” liturgii i to nie tylko tę związaną z brakiem mistagogii, ale przede wszystkim z tym, że na kazaniach/katechezach mówi się jedno a życie bezlitośnie odziera ze złudzeń. To prowadzi do odrzucenia usłyszanych treści, bo wydają się one być nierealne, coś jak bajka czy mit.
Przykład? Obie z Mishką mamy szczęście korzystać z katechez i kaznodziejstwa krakowskich dominkanów. Wiele razy słuchałyśmy o. Tomasza Kwietnia, jego zachęt do głębokiego przeżywania liturgii, całe nadziei szłyśmy na mszę i co? I nico, znów Druga Eucharystyczna, co tam, że jest okres wielkanocny i warto byłoby poświętować. Proszenie przeora czy innych ojców niewiele daje (chociaz ostatnio padre magister studentatu wybierał ostatnio w niedzielę Kanon Rzymski, nie da się zaprzeczyć). Tutaj to są już smaczki dla koneserów w postaci modlitwy eucharystycznej, ale co powiedzieć o parafiach, w których w niedzielę czyta się tylko jedno czytanie, bo “ludzie się nudzą a zresztą i tak nikt nie słucha” (zastrzegam - proboszcz nie ma na nazwisko “Nikt”).
Głód w ludzie jeszcze jest, ale w pokoleniu starszym. We wschodniej Polsce, skąd pochodzę, już młodsze pokolenie do koscioła nie chodzi. I to księża tych ludzi z kościoła wygonili brakiem kazań, mistagogii, czy nawet wiary. I wielu kapłanom i tym wiernym brak doświadczenia Boga, Tego, że On ŻYJE i DZIAŁA. I od tego wg mnie trzeba zacząć - od doświadczenia, bo życie sakramentalne kiedyś tam oni już zaczęli.
Patrzę na ludzi w tej wiejskiej parafii i widzę głód, ale to nie jest tylko głód słowa: to jest głód doświadczenia obecności Boga. Oni wierzą siłą tradycji, ale to źródło już się wyczerpało i ma rację Szymon Hołownia, kiedy bije na alarm, że kościoły wkrótce będą puste. W niektórych parafiach już są, bo nie ma młodych - oni w czasie mszy odsypiają nocną imprezę, albo oglądają telewizję i nie przyjdą na katechezy, bo tym co ich najbardziej nudzi, jest konieczność słuchania kolejnego kazania.
