Posted by: ewiater | kwiecień 18, 2008

Zestaw “Mały święty”

Skończyłam czytać “Pójdź, bądź moim światłem”, chociaż słowo: skończyłam, nie jest tu dobrym określeniem. Raczej: przeczytałam w znaczeniu czasu perfectum, czyli opisującego czynność dokonaną w przeszłości, której skutki trwają. Przeczytałam i będę czytać znowu, wracać do niej, żeby odetchnąć i skorygować proporcje świata.

“Dzisiaj Bóg kocha świat tak bardzo, że daje ciebie, daje mnie, byśmy kochali świat, byśmy byli Jego miłością, Jego współczuciem. To dla nas taka piękna myśl - i przekonanie - że ty i ja możemy być tą miłością i współczuciem”

W jaki sposób?

“Mówiła, że zaczynając od własnego domu, kochając się nawzajem i troszcząc się nawzajem o siebie, wszyscy moga być >>misjonarzami miłości<<”

Bardzo proste i dlatego takie bardzo trudne. Zamiast romantycznych wizji podróży do Kalkuty albo stylizacji na herosa rozdającego darmową zupę bezdomnym uśmiech dla przynudzającej matki, cierpliwe tłumaczenie siostrze, że nie wolno jej “rewidować” twojego biurka, zatrzaśnięcie drzwi przed pijanym ojcem i znoszenie następnego dnia ze spokojem współczująco-udających_że_nic_się_nie_stało spojrzeń sąsiadów. To jest heroizm na miarę większości z nas. Heroizm, bo przecież to właśnie na co dzień nas przerasta, czyż nie?

W Nim naprawdę możemy wszystko…

Odpowiedzi

Przerasta.

Co zrobic, gdy nastolatka, ktora boi sie dostac od pijanego ojca po powrocie do domu prosi Cie o nocleg? Wyrzucic, z nadzieja, ze zmarznie, zmadrzeje i jednak wroci do domu?
Przenocowac i narazic siebie na kolejne klopoty?

Odpowiedzi na te pytania mnie przerastaja dzisiejszej nocy i mam pretensje do Pana Boga, ze mnie stawia w takich sytuacjach. I nic juz nie wiem, wiec nie moge spac.

Wolalabym juz do tej Kalkuty na piechote isc, bo to o wiele prostsze. Albo gotowac zupe dla wszystkich bezdomnych w miescie niz chodzic ze scisnietym zoladkiem z powodu zalu nad porzuconym w mojej bibliotece 10-ciomiesiecznym dzieciakiem przez matke-alkoholiczke.

O wiele prosciej jest, gdy czlowiek jest odpowiedzialny tylko za siebie, gdy nie ma dookola zwariowanych dzieciakow… ludzi z problemami…

Taka pokusa: nie angazowac sie zanadto, nie pomagac, myslec wiecej o sobie, znalezc jakies misje na Lotwie albo w Boliwii, uciec po prostu od sytuacji, w jakiej stawia mnie Bog. Ha, ha! Jestem tchorzem, wiec bawie to dziecko, dopoki nie odnajduje sie matka, a potem nie spie martwiac sie o nocujaca spokojnie w moim domu dziewczyne - starsza siostre tego berbecia. Nie ma w tym heroizmu, ale zwykly ludzki strach o kogos.

I pytanie do Niego bez odpowiedzi - dlaczego ja i czy na pewno pomagajac - pomagam… Czy moja pomoc nie staje sie rozpieszczaniem, ktore niczego nie zalatwia i nic nie rozwiazuje?

Dobrze, że ją przenocowałaś, o jedna potworną noc ma mniej na koncie. Mam nadzieję, że uda jej się niedługo wyrwac z domu i sensownie ułożyć życie, bez powtarzania błędów rodziców.
Zasadniczo dobra z ciebie kobieta, bardzo dobra ;) Nie jedź na żadne misje, jeteś potrzebna tam, gdzie jesteś!
Pozdrowienia dla Żylety ;)

Prometeuszu - taki Twój los, współczuć i pytać aż po skraj buntu. Ważne, że się pomaga, ważniejsze, by pomagać z sensem (wedle aktualnego rozeznania i możliwości)- ale Najważniejsze to kochać, choćby bezradnie. “Słudzy nieużyteczni jesteśmy, wykonaliśmy tylko to, co należało wykonać”. Pozdrawiam z niskim i pokornym ukłonem.

Dzieki Wielkie!

Chyba bylam zmeczona po nieprzespanej nocy, bo tak sie ze mnie wylalo. Albo rozgoryczona - bo zal mi tych dzieciakow i nic nie umiem zrobic, chyba tylko to jedno - “kochac bezradnie”…
I wkurzac sie na te bezradnosc!

(Pomagac, ale z sensem - oto wyzwanie!)

Leave a response

Twoja odpowiedź:

Kategorie