Skończyłam czytać “Pójdź, bądź moim światłem”, chociaż słowo: skończyłam, nie jest tu dobrym określeniem. Raczej: przeczytałam w znaczeniu czasu perfectum, czyli opisującego czynność dokonaną w przeszłości, której skutki trwają. Przeczytałam i będę czytać znowu, wracać do niej, żeby odetchnąć i skorygować proporcje świata.
“Dzisiaj Bóg kocha świat tak bardzo, że daje ciebie, daje mnie, byśmy kochali świat, byśmy byli Jego miłością, Jego współczuciem. To dla nas taka piękna myśl - i przekonanie - że ty i ja możemy być tą miłością i współczuciem”
W jaki sposób?
“Mówiła, że zaczynając od własnego domu, kochając się nawzajem i troszcząc się nawzajem o siebie, wszyscy moga być >>misjonarzami miłości<<”
Bardzo proste i dlatego takie bardzo trudne. Zamiast romantycznych wizji podróży do Kalkuty albo stylizacji na herosa rozdającego darmową zupę bezdomnym uśmiech dla przynudzającej matki, cierpliwe tłumaczenie siostrze, że nie wolno jej “rewidować” twojego biurka, zatrzaśnięcie drzwi przed pijanym ojcem i znoszenie następnego dnia ze spokojem współczująco-udających_że_nic_się_nie_stało spojrzeń sąsiadów. To jest heroizm na miarę większości z nas. Heroizm, bo przecież to właśnie na co dzień nas przerasta, czyż nie?
W Nim naprawdę możemy wszystko…
