Nie lubię wytartych szlaków, wolę snucie się opłotkami. W imię tej części manifestu życiowego obiecałam sobie nie zajmować się nigdy feminizmem. Żadnym, bez względu na stojącym przy nim przymiotnik. Ani też niczym, co jest określone przymiotnikiem feministyczny/a/e. Tylko raz, Wysoki Sądzie, tylko raz mnie skusiło napisać tekst o kobiecości. To nawet nie była teologia feministyczna! Opublikowali. I teraz mam za swoje.
Najpierw wciągnięto mnie do prac seminarium zajmującego się nowym feminizmem. Potem zaproszono na panel dotyczący miejsca kobiety w Kościele, obdarzono referatem na sympozjum a teraz dostałam kolejne zaproszenie do dyskusji na podobny temat. Ucieczka jest bezcelowa, wszędzie mnie znajdzie ta potwora.
I pomyśleć, że naprawdę istnieją ważniejsze kwestie w teologii niż śledzenie przejawów mizoginizmu, domniemanego czy realnego, u pisarzy chrześcijańskich z autorami Biblii włącznie… Poza tym nie chcę, żeby ktoś mnie nazywał teolożką, bo niestety po polsku to słowo kojarzy się dość nieszczęśliwie, mianowicie z małą, prośną* świnką o imieniu Teo.
* Nie, to nie literówka, chodzi mi o świnię, hm, w ciąży.


