Posted by: ewiater | marzec 22, 2008

Wielka Sobota

Jest taka cisza, która wydarza się na granicy zdarzeń. Jakby Bóg dawał nam czas na oswojenie się z odejściem i do przygotowania się na nowe. To jest ten moment po pogrzebie i stypie, kiedy nie ma już nic więcej do załawienia i zrobienia, siada się przy pustym stole i dusza zastyga w wielki znak zapytania. Co dalej? To można dalej? To jeszcze jest jakieś życie, inne niż to znane dotąd? Dotychczasowe algorytmy działań, koniecznie uwględniające tego, kto odszedł, są już nieprzydatne.

Nie lubimy tej ciszy, jest niewygodna, dręczy pytaniami, na które nie widać odpowiedzi. Ale trzeba usiąść przy tym pustym stole, spojrzeć w oczy pozostałych, tak samo puste i tak po prostu zapłakać. Potem przejrzeć starannie ruiny tego, co przeminęło, zgarnąć pieczołowicie w tobołek to co ocalało i czekać. Czas przyniesie odpowiedź.

To błogosławiony czas. Czas rozoranego serca, w które Bóg właśnie rzuca swoje ziarno.

Odpowiedzi

ela,
to o czym piszesz jest racjonalne i teoretycznie spojne. klopot w tym, ze w takich chwilach zwykle masz z tylu glowy taki bol ktory nie pozwala racjonalnie myslec. na tym - mysle - polega caly dramat i wielkiej soboty i tych dni wczesniej. powtornej samotnosci jezusa, przerazenia uczniow. nazwanie takiego czasu blogoslawionym to heroizm wiary.
jezus w ogrodzie oliwnym nie wiedzial co i kto bedzie rzucal w jego serce. ba - goraco zyczyl sobie zeby nikt juz nic nie rzucal.
to jest chyba kwestia przyjetej perspektywy. patrzac z gory - widzisz cala boza mechanike, masz wiare jak to dziala, ze - jak piszesz - bog robi nam bruzdy i rzuca ziarno. patrzac z boku, z poziomu czlowieka widzisz lzy, rozdarcie, dramat. mozesz tylko byc, bo kazde slowo kaleczy. co bys powiedziala jezusowi ktory modli sie bo nie chce umierac?

Oj, Szymon, czemu ty publicznie zadajesz takie osobiste pytania, no? Nic bym nie powiedziała, zwłaszcza, że teogroczna Wigilia Paschalna a zwłaszcza jej początek, była godziną przez którą Pan Bóg jeździł po moim sercu pługiem. I zmartwychwstania jak nie było widać, tak nadal nie ma. I nic nie rozumiem. Trwam, bo pamiętam, że już kiedyś tak było i zmartwychwstanie przyszło.
To się chyba nazywa nadzieja :) I jest zielone. Oraz bezczelne - jak każde życie. I nie chcę jej utracić.

Dla mnie każde przeżywanie Wielkanocy jest dla mnie inne. Czasem większa jest radość z ponownego spotkania ze Zmartwychwstałym. Czasem jest spokój. Ale w zeszłym roku i w roku poprzednim była taka Wielkanoc, gdzie bliższy był mi właśnie ten ból, ten mrok, to rozdarcie, ta ciemność i ta niepewność wiary. Czy On tam jest? Czy wierność Jego przykazaniom ma sens, skoro inni ludzie postępują nieuczciwie? Kilkumiesięczny kryzys wiary, chyba największy jak do tej pory. I jedyne, co byłam w stanie wtedy zrobić, to po prostu klęczeć w pustoszejącym kościele, trwać przy Nim, mimo, że wcale nie byłam pewna, że On w tym wszystkim był przy mnie. Gdy przyszło zapewnienie, że tak, że był, o mało nie zrzuciło mnie to z nóg.

Leave a response

Your response:

Kategorie