A idzie o psychologię i geny a dokładnie wyniki najnowszych badań.
W dzisiejszej Rzeczpospolitej możemy przeczytać, że brytyjsko-australijski zespół badawczy pod kierownictwem dr Alexandra Weissa dowiódł, iż poczucie bycia szczęśliwym jest uwarunkowane genetycznie. Jest to wniosek z badań przeprowadzonych na grupie bliźniaków jedno- oraz dwujajowych, bazujący m.in. na założeniu, że te pierwsze mają identyczny zestaw genów. Tymczasem od kilku tygodni w Newsweeku można przeczytać, że bliźnięta jednojajowe różnią się od siebie pod względem genomu. Są to różnice minimalne, ale na tyle istotne, że np. decydują o dziedziczeniu chorób (a więc zapewne poziomu odczuwania szczęścia też). To z kolei wnioski z badań zespołu pod kierownictwem profesorów: Jana Domańskiego i Carla Brudera, lekarzy.
No i co panie Weiss? No i nic. Zwłaszcza, że znane są badania, które wskazują na to, że osoba obciążona genetycznie schizofrenią zachoruje na nią lub nie w zależności od jakości rodziny w jakiej jest wychowywana, podobnie jest z depresją i nałogami. Zdarza się też, że osoby nieobciążone genetycznie schorzeniami psychicznymi a wychowywane w rodzinach dysfunkcyjnych, zaczynają chorować (tu polecam opracowania Susan Forward). Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że te choroby powiązane są ścisle właśnie z poczuciem bycia szczęśliwymi lub nie, to mamy kolejny kamyczek burzący śliczną piramidkę wyników badań.
No dobrze – przyznaję się – od początku wyniki badań zespołu dr. Weissa mi nie odpowiadały, zwłaszcza ideowo. Bo skoro powołaniem człowieka, najgłębiej w niego wpisanym, jest (jak pisze m.in. św. Tomasz z Akwinu) szczęście, to genetyczna modyfikacja odbierająca ludziom zdolność do jego odczuwania byłaby już wyjątkową perfidią ze strony Stwórcy. Ale czegóż nie da się udowodnić wybierając odpowiednią metodologię i założenia? I ignorując wyniki badań innych naukowców?


