We wczorajszym newsletterze Zenitu był artykuł o skutkach aborcji. Chciałam już wrzucić tu filipikę na ten temat, nawet zabrałam się za jej pisanie, ale strona z nowym postem pozostała pusta - nie potrafię o tym pisać.
Za bardzo boli.
Boli szczególnie poczucie mówienia do ludzi, którzy są głusi, ale twierdzą, że słyszą. Znam osoby, ktore mają syndrom ocaleńca, wielu terapeutów z nim się styka w swojej praktyce zawodowej, ale oczywiście oficjalnie czegoś takiego nie ma. Jeszcze można zostać wyzwanym od ciemnogrodu, jeśli powie się, że aborcja przynosi także skutki w sferze psychicznej i to nie tylko u niedoszłej matki, ale także u jej dzieci i męża. Ostatnio byłam świadkiem sytuacji, kiedy znajomy dzieciak rzucił przy matce: “U nas w rodzinie brak jeszcze jednego syna!” i atmosfera nagle się zagęściła, bo on nie wie, że jego matka była w jeszcze jednej ciąży, ale wzięła leki wczesnoporonne. Prawdy o poronieniu nie zna, ale czuje brak.
Tylko jak mówić do ludzi, którzy dokonali aborcji i u których działa w związku z tym bardzo silny mechanizm wyparcia, żeby ich nie zranić, tylko otworzyć na prawdę? Skąd wziąć potrzebną do tego miłość, skoro jedyne co czuję, to bezsilna irytacja a potem chęć zaszycia się gdzieś z setką chusteczek higienicznych i przepłakania kilku godzin? Jestem w stanie przewidzieć konsekwencje wzrostu liczby aborcji zarówno w życiu jednostek, jak i całych społeczeństw, zresztą świetnie część z nich pokazuje wspomniany artykuł. Na szczęście Bóg wszystko może i jest Miłosierny a powiedziałabym, że nawet ma pewną wprawę w poprawianiu tego, co my demolujemy. Co więcej - wykorzystuje to nawet do wprowadzania innowacji! Pod warunkiem, że Go do tych zniszczonych przestrzeni zaprosimy. Chociaż zdecydowanie lepiej byłoby, gdybyśmy wysłali to zaproszenie zanim zaczęliśmy się bawić w Jasia Demolkę…
