Archiwum z luty, 2008

h1

Dies iudicii

luty 29, 2008

Od mojej strony raczej dies defensionis: zasiądzie komisja Ośmiu Samodzielnych z dziekanem włącznie i będą oddzielać ziarno do plew w moich poglądach tudzież wypowiedziach. Podobno jest to formalność, ja jednak gdzieś na dnie podświadomości tęsknię za dyskusją, chociaż mogłaby ona sprawić, że nie udałoby mi się obronić mojej rozprawy doktorskiej. Jest takie niepisane prawo o unikaniu debaty w polskiej teologii, które świetnie ilustruje anegdota pochodząca z rady jednego z polskich wydziałów teologicznych. Otóż promotor pewnego doktoranta przedstawił do zatwierdzenia temat pracy doktorskiej, który brzmiał: “Krytyczna analiza eklezjologii Raimundo Panikkara”. Ledwie tytuł wybrzmiał a już jeden z księży profesorów poruszył się, chrząknął i nieśmiało zauważył: “Ale czemu od razu krytyczna?”

Tomasz Terlikowski w swoim wczorajszym felietonie w Rzepie atakuje Tygodnik Powszechny za publikowanie tekstów Tomasza Węcławskiego i proponowanie debaty wokół nich. Zdziwiło mnie to, bo nic tak nie oczyszcza i nie ożywia doktryny jak właśnie otwarta debata! Przecież nikt nie będzie traktował teologicznych dywagacji, niepopartych akceptacja Kościoła, jako prawdy objawionej! A jeśli ktoś tak do nich podchodzi to najwyższy czas, żeby zmienił podejście. Teologia jest dyscypliną NAUKOWĄ a w poszukiwanie naukowe wpisana jest dyskusja, popełnianie błędów, poszukiwanie lepszych rozwiązań. Ale jeśli na propozycje dyskusji w tym zakresie pada od razu odpowiedź, że to skandal i hańba, to już mnie nie dziwi fakt, że wielu naukowców zajmujących się naukami humanistycznymi na stwierdzenie, że teologia jest nauką, reaguje radosnym rechotem.

Siądźmy i podyskutujmy, kto wie – może z tej debaty urodzi się jakaś piękna teologiczna droga?

h1

Zajęcia praktyczne z duchowości

luty 27, 2008

Dziś przećwiczymy lewitację w stylu OPsim. Rozpoczynamy z lewej łapy oraz ogona, o właśnie tak:

lewa-lapa.jpg

Po czym nabieramy wiatru w futro i zastygamy w eleganckim zawisie (proszę zwrócić uwagę na zasadniczą rolę nastwionych w poziomie uszu, które pozwalają zachować odpowiedni poziom lotu oraz zapewniają sterowność):

calosc.jpg

Przypominamy na zakończenie ćwiczeń, że przyzwoitość nakazuje lewitować w samotności – lewitowanie w przestrzeni publicznej może sie skończyć egzorcyzmem lub kanonizacją :)

h1

Ewangelia ekstremalna

luty 26, 2008

Dziś było o przebaczeniu i naszły mnie dwie nadobne myśli.

1. Rabbi z Nazaretu opowiada dziś historię dłużnika, któremu król darował niebotyczną sumę, a który nie potrafił darować bliźniemu śmiesznie małego w porównaniu z jego własnym długu. Jeśli przełożymy to na życie duchowe, to jest sytuacja, kiedy ktoś nie ma poczucia własnego grzechu: nie poczuje wtedy, że spowiedź JEST łaską, że tam realnie zostaje mu odpuszczone dokonane przez niego zło. Istnieje zawsze ryzyko, że w ramach “oswajania” spowiedzi uznamy ją za coś, co nam się należy albo rytuał bez większego znaczenia.

To przekłada się na relacje z innymi ludźmi – kiedy ktoś wobec mnie zawini patrzę na niego z wyżyn mojej niepokalanej doskonałości i z lekkością godną zjadaczy wyrobów light odmawiam przebaczenia i skazuję na potępienie. Bo jestem ponad to! Choć podświadomość skrzeczy, psychika nie wytrzymuje i nawet organizm wyraźnie daje znaki, że ktoś tu zakłamuje samego siebie. Świadomość własnej słabości i wynikającej z niej konieczności oparcia się na Łasce uzdalnia do czynienia miłosierdzia, także w tej jego najwyższej i natrudniejszej formie, jaką jest przebaczenie.

Krótko a węzłowato: jeśli nie przyznam się przed sobą, że jestem grzesznikiem i potrzebuję wybaczenia (także ze strony innych ludzi), to nie ma mowy, żebym potrafiła z serca przebaczyć drugiemu.

2. Detal z opowieści Rabbiego, myślę, że istotny – bliźni błagał o odpuszczenie winy. Jeśli ktoś mnie skrzywdził (nie każde zranienie jest krzywdą) i jestem pewna/pewien, że zrobił to świadomie, to mam prawo a kto wie, czy nie obowiązek, domagać się od niego przeprosin. Dlaczego? W imię dobra drugiej strony, żeby sytuacja została dopowiedziana i oczyszczona do końca. Przebaczenie to nie ma być łzawy spektakl pt. “Popatrzcie, jaki jestem wielkoduszny/a”, bo takie monodramy, nawet jeśli odbywają się tylko w duszy przebaczającego, są przejawem troskliwie wyhodowanej pychy.

Przebaczenie to uwolnienie a wolność możliwa jest tylko w prawdzie, także tej, że mam prawo do zadośćuczynienia za doświadczone przez mnie zło. Tu wiele na ten temat mogłyby powiedzieć kobiety, które doświadczyły gwałtu i które na samą myśl o spotkaniu z człowiekiem, który je skrzywdził, czują wstręt. Ale jeśli on chciałby wynagrodzić zło, które uczynił, miłosierdziem jest przyjęcie tego zadośćuczynienia. To już jest heroizm, ale w Panu na szczęście wszystko jest możliwe.

h1

Niedzielnie

luty 24, 2008

Lany Poniedziałek, furta klasztoru żeńskiego. Siostra furtianka nieopatrznie otworzyła grupce “oblewaczy”. Mokra i zirytowana odbiera znów domofon i słysząc w nim męski głos nie słuchając wypala:

- Ale sprzęt do sikania to proszę zostawić za drzwiami!!!

:)

Po czym okazuje się, że to klerycy. Z wizytą przyszli…

:D

h1

Przerywając sobotnią ciszę

luty 23, 2008

“Ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co jest moje, do ciebie należy.”

Uderzyły mnie dzisiaj te słowa z Ewangelii. Jak często cierpię głód i pragnienie, w moim życiu jest mało radości nie dlatego, że Ojciec mi ich odmawia, ale dlatego, że często brak mi odwagi cieszenia się tym, co przynosi codzienność? Jem pomarańczę i zamiast cieszyć się jej smakiem myślę o tym, że mam tyle jeszcze pracy przed sobą. Za oknem pięknie błękitnieje niebo a ja marzę o byciu gdzie indziej, bo zawsze tam dobrze, gdzie nas nie ma. Siedzę w pięknym średniowiecznym kapitularzu śpiewając na próbie scholi i myślami bujam we francuskich katedrach – po co, skoro tu, gdzie jestem, jest tak pięknie? Ojciec dał mi wszystko a ja wciąż mam za złe, że nie to i nie takie. Młodszy brat umiał przynajmniej się zbuntować… szczęściarz…

“Te drobne wartości prowadzą do punktu kulminacyjnego”

To tekst dyrygenta. Niby tylko uwaga dotycząca wykonania utworu, ale pięknie pasuje do życia: drobne wartości składają się na zdolność przeżycia tego, co najmocniejsze. Budują bogactwo tego przeżycia i jego natężenie. Jeśli zbyt mocno je zaakcentujemy, zabraknie sił i głosu na właściwą nutę – zgubi się w natłoku innych. Jeśli zaakcentujemy je za słabo, zniszczymy frazę rozbijając jej płynność i zamiast harmonijnej całości otrzymamy zestaw murmurand i krzyków. Kolejna cegiełka do mojej ars vivendi.