
Zirytowałam się
styczeń 21, 2008Zirytował mnie dzisiejszy tytuł Newsweeka (Newsweek 04/08): Czy dziecko to grzech? Katolicy kontra katolicyzm. Pasjami uwielbiam demagogię. Po prostu pasjami.
Sugerowanie, że sprzeciw wobec in vitro jest równoznaczny ze stwierdzeniem, że poczęte w ten sposób dzieci są grzechem to przejaw demagogii prawie w czystej formie. To tak, jakby ktoś ukradł pieniądze, żeby wybudować sobie dom i na zarzuty, że popełnił przestępstwo, odpowiedział: “Ale czy posiadanie domu jest przestępstwem?”
Posiadanie domu nie, ale sposób jego pozyskania tak.
Dziecko nie jest grzechem, ale sprowadzanie kobiety i mężczyzny do poziomu dawców gamet tak. Grzechem jest również traktowanie embrionów jako materiału w pewnym procesie technologicznym, bo do tego sprowadza się przy odpowiednio częstych powtórkach zabieg in vitro. Zanika świadomość wyjątkowej godności osoby, pojawia się za to pokusa, na dodatek obecnie coraz częściej realizowana, traktowania drugiego człowieka jako produktu na zamówienie.
Ma to odbicie nawet w sferze językowej. Wielu argumentuje, że chce “POSIADAĆ dziecko” a nie ma mowy o tym, że chcą BYĆ matką/ojcem. Relacja osób (JESTEM dla kogoś kimś) zamienia się w odniesienie przedmiotowe (MAM kogoś). W takiej relacji jest bardzo mało miejsca na odpowiedzialność, za to sporo na zaspokajanie swoich nie do końca uświadomionych potrzeb emocjonalnych, których dziecko zaspokoić nie jest w stanie.
No i jeszcze kwestia podtytułu – uważam się za katoliczkę, ale jakoś nie jestem przeciwna nauczaniu Kościoła akurat w tym aspekcie. Cóż, tym razem treść padła ofiarą formy – nie da się ukryć, że to bardzo ładna zabawa słowna. Tylko, że nie do końca prawdziwa a jak mawia mój znajomy: pół prawdy to całe kłamstwo.
