![]()
Jest złocisty, jak popołudnie w północnej Afryce, kiedy słońce zniża się do horyzontu i świat powoli odżywa w wydłużających się promieniach. Tego nie da się opowiedzieć – tego trzeba doświadczyć wdychając suche, nagrzane powietrze z lekką nutą chłodu zwiastującego nadchodzący wieczór.
Przepis na niego jest prosty: na metalowej patelni należy rozgrzać dużą ilość cukru i kiedy zacznie brązowieć, należy dolać do niego odpowiednią, nie za dużą ilość wody, po czym rozpuścić i zagotować na wolnym ogniu. Otrzymana substancja jest lepka, ciągliwa i bardzo, bardzo słodka.
W filmie karmel jest używany do… depilacji ciała. Jak wiadomo, jest to zabieg bolesny. Autor recenzji, którą czytałam przed pójściem do kina, utożsamił życie bohaterek obrazu z karmelem, po obejrzeniu jednak myślę, że ta słodycz zadająca dotkliwy ból to co innego – miłość. Każda z bohaterek kocha kogoś lub coś i każda ma z tym problem: niewłaściwa osoba, błąd z przeszłości, brak zainteresowania. Nawet męskie postacie w tym filmie doświadczają bolesnego zetknięcia z odzierającym ze złudzeń ulepkiem – mam tu na myśli nieszczęsnego przedstawiciela władzy, który z miłości jest w stanie nawet odwiedzić salon urody. Scena, kiedy dwie kosmetyczki debatują nad nim, zastanawiając się, jak mogą mu poprawić wygląd, pozostaje na długo w pamięci. Głównie dzięki wyrazistej grze policjanta, wyraźnie przerażonego perspektywą depilacji twarzy. W jego oczach czai się coraz głębsza panika… Słodkie.
Poza tym mocną stroną tego filmu jest właśnie gra aktorów: bez szarży, a jednak bardzo wyraziście. I te cudowne kobiety! Piękne, bo kobiece: w ruchach, ubraniu, uczesaniu, kłótniach i nieustannym gadaniu (przezabawna scena, kiedy babcia i mama wyrywają sobie brudne talerze kłócąc się, kto ma je umyć a siedzący obok pan domu kurczy się w sobie z wyraźnym pragnieniem przetrwania tego tajfunu jako nieistotny element wyposażenia lokalu). Kobiece też przez to, że nie boją się przyznać do swojego pragnienia miłości, nawet, jeśli w końcu niektóre poddają się w walce o nią.
Chętnie obejrzę to jeszcze raz. Mam poczucie, że nie wychwyciłam wszystkich detali i wątków, poza tym odpowiada mi klimat, w jakim jest opowiedziana ta fabuła. Kto chociaż raz był w północnej Afryce, z pewnością mnie zrozumie. Dedykacja po filmie: “Dla mojego Bejrutu” wcale mnie nie zaskoczyła – ten film to jest portret tamtej rzeczywistości. Daleki od terrorystyczno-politycznej wizji Libanu, która funkcjonuje w Polsce i może dzięki temu niebanalny.


