
Być czy nie być
grudzień 14, 2007Kościół Katolicki w Anglii organizuje akcje mające służyć ponownemu upowszechnieniu praktyk religijnych, w tym uczęszczania na niedzielną mszę świętą. Akcja ta polega na prośbie skierowanej do wiernych świeckich, aby zapraszali swoich bliskich i znajomych na mszę. Tak po prostu. Z wyliczeń statystycznych wynika, że w Zjednoczonym Królestwie jest ok. 3 mln. ludzi, którzy mając takie zaproszenie, wróciliby do praktykowania.
Na pytanie o przyczynę absencji na mszach pada wiele odpowiedzi: sekularyzacja społeczeństwa i związany z nią brak społecznego nacisku na uczestnictwo a często wręcz zniechęcanie wynikające z takiego planowania czasu, że na mszę go już brak, przyczepienie osobom chodzącym na mszę etykietki “nienowoczesnego” (chodzenie do kościoła przestało należeć do kategorii “done thing” – rzeczy, które się robi), lenistwo, zagubienie wiary, utrata świadomości znaczenia tego, co dokonuje się na ołtarzu. Te przyczyny podaje w wywiadzie bp MacMahon, biskup Nottingham.
A ja bym dorzuciła jeszcze jedną: brak wiary i zaangażowania u kapłanów. I nie wiem, czy to nie jest to, co najskuteczniej zniechęca do Kościoła. Zniechęcony ksiądz byle jak odprawia mszę, mówi kazania słabe lub jedynie erudycyjne a pozbawione Ducha, nie chce mu się spowiadać. Liturgia “robiona” a nie sprawowana odrzuca, widać jej fałsz. A skoro źródło i cel Kościoła (por. Sacrosanctum concilium) doświadczane są jako byle jakie, to po co wchodzić w jego wspólnotę? Po co się z nią spotykać?
Czytałam kiedyś świadectwo pewnego księdza z Włoch. Został proboszczem martwej parafii: pusty kościół, nikogo na mszy. Postanowił, że będzie żebrał u Boga o życie dla jego nieobecnych parafian. Codziennie wystawiał Ciało Pańskie w pustym kościele i godzinami je adorował. Potem już nawet przed Nim spał i pracował (przyniósł sobie biurko). Po kilku miesiącach do pustego kościoła weszła para młodych ludzi. Uklękli. Po modlitwie podeszli do księdza i powiedzieli mu, że coś kazało im wejść i, że poczuli się u siebie. Zaczęli przychodzić częściej, przyprowadzili następnych. Parafia po pewnym czasie odżyła. Dla mnie jest to opowieść o tym, że to Duch buduje Kościół, Eucharystia go gromadzi, ale potrzebny też jest człowiek, który tę Eucharystię konsekruje i pomoże przychodzącym zrozumieć, Kto ich przyciągnął. Wspólnocie potrzebny jest po prostu ojciec. Dobry ojciec.
PS
Wypowiedź bp. Nottingham przytaczam za wywiadem w ZENICIE.

uczymy się przecież wiary i zaangażowania od kapłanów. co się dzieje, że oni się wypalają? dlaczego się zniechęcają?
W zeszłym numerze “W drodze” był wywiad z o. Tomaszem Golonką OP i Wiesławem Kondratowiczem i w nim o. Golonka powiedział ważną rzecz – nie wielu z kapłanów potrafi poprosić o pomoc. Osobiście jeszcze mogę dodać, że nie wielu z nich ma wokół siebie wspólnotę (świeckich lub innych konsekrowanych), która zamiasta zamiatać śmieci pod dywan, podniesie ten dywan i powie: “Zależy nam na tobie, stary, ale coś z tym syfem musisz zrobić. Najlepiej sprzątnąć”
Wbrew pozorom
nie znam wszystkich odpowiedzi…
To jest ten zewnętrzny powód. Wewnętrznego szukałabym w tym, że każdy chrześcijanin od momentu chrztu toczy walkę z szatanem, kapłani są “na pierwszej linii frontu” jako prowadzący wspólnotę. Jeśli jest się atakowanym (a acedia, czyli wypalenie w terminologii ojców pustyni, to atak) i nie ma się na dodatek oparcia we wspólnocie, łatwo się poddać.
Jest tu zawsze ryzyko, że znajdzie się jakieś dziewczę lub niewiasta, która zauważy problem (jesteśmy bardziej wrażliwe) i będzie się starała pomóc, tylko nie będzie umiała zatrzymać się w odpowiednim momencie. I wtedy powołanie się posypie. To tak baaardzo z grubsza, bo to delikatna kwestia i długo można pisać. No i nie jestem omnibusem, chociaż uparcie się na niego stylizuję
artykuł czytałam, rzeczywiście to chyba jeden z wielu problemów z tym nieproszeniem o pomoc. a jest tylu świeckich, dobrych i mądrych ludzi, którzy chętnie by się zaangażowali, pomogli.
w Kościele jest jakieś zamieszanie, pewien bałagan, nie wszytsko jest klarowne. nie zawsze tak znaczy tak.