Ciołek. Czyli bydlątko – wołek, który zrobił karierę w heraldyce. Był też nazwiskiem biskupa Erazma (herbu Sulima), który z kolei miał kamienicę na ulicy Kanoniczej w Krakowie: dużą, pieknie zaprojektowaną i jeszcze do 1999 roku w ruinie. Po remoncie znalazł tam siedzibę jeden z oddziałów Muzeum Narodowego w Krakowie.
Najpierw o budynku: kamienica pierwotnie w stylu humanistycznym, potem oczywiście przebudowywana. Teraz jej wnętrze stanowi udane połączenie nowoczesności z tradycją. Odkryte miejscami wątki murów, kremowy koloryt ścian, cudowna klatka schodowa: kręte schody odcinające się ciemnym drewnem od jasnych ścian owinięte wokół szklanej tuby szybu windy. Przestrzenie się wzajemnie przenikają, wirują, nakładają na siebie kolorami, fakturami, kształtem.
Wnętrza oświetlone żółtym światłem i dodatkowo “ocieplone” drewnem (głównie dębem) zastosowanym jako ramy prezentowanych płaskorzeźb i jako podstawy do prezentacji rzeźb. Drewniane, ale już jaśniejsze, podłogi i sufity – niestety, nie orginalne, ale skutecznie odtwarzające klimat komnat humanistycznego i renesansowego Krakowa.
Wystawa przemyślana, pokazująca każdy eksponat w sposób dla niego najbardziej korzystny. Część z nich to dawna ekspozycja z Pałacu Szołayskich (np. Piękna Madonna z Krużlowej), pozostałe pewnie odbyły swoją przydługą kwarantannę w magazynie. O każdej rzeczy można napisać elaborat, wybiorę kilka, które zapadły mi w pamięć.
“Frasobliwy” – drewniana rzeźba z XIII wieku. Stoi z nawpół wyciągniętymi dłońmi, wygląda jakby coś z nich Mu wypadło, ale On już tego nie zauważa. Wpatruje się w punkt przed sobą. Bezradnie, prosząco.
Dwa krucyfiksy, których powstanie dzieli kilkadziesiąt lat. Mniejszy, pozbawiony krzyża, wisi przyśrubowany pomiędzy dwiema płaszczyznami szkła ujętego w ramy. Napięte do granic wytrzymałości mięśnie, wyraźna muskulatura. I drugi, o wiele większy, okaleczony (pozostała głowa i beznogi, prawie bezręki korpus) ukryty razem z resztką krzyża w filarze. To już martwe ciało, zwisające bezwładnie. Piękna, harmonijna twarz.
I wreszcie majstersztyk tej wystawy – sala śmierci. Zabudowana czarnym kirem, który zwisa także w wejściu. Portrety trumienne umieszczne w niszach przypominających wejścia do grobów w katakumbach kamedułów na Bielanach, obrazy przedstawiające taniec śmierci, piekne przykłady kapy i ornatu pogrzebowego. Dwa krucyfiksy oświetlone punktowcami, wybijające się z czerni ścian. W tle słychać muzykę – melodia się urywa, jest miękka i trochę senna. Weszłam do tej sali i poczułam, jak po rękach przebiega mi dreszcz – zderzenie z nieuniknionym, które próbujemy rozpaczliwie oswoić.
W centrum sali stoi nastawa ołtarzowa, której centralną część stanowi obraz przedstawiający Zaśnięcie Najświętszej Maryi Panny. Oświetlona od góry połyskuje matowo starym złotem – wnosi nadzieję i światło. Ryt pożegnania staje się rytem przejścia.
To jest miejsce, do którego chce się wracać, żeby odkrywać piękno sztuki, ale także, aby wyłuskiwać z ekspozycji myśl, która kierowała jej autorem/autorami. Wspaniale zakodowany rebus do rozwiązania, ciąg skojarzeń o nieskończonej prawie liczbie mniej lub bardziej zamierzonych kombinacji.