
Facet po 50-tce z gitarą i megafon w roli chóru z greckiej tragedii? Upadek z drugiego piętra i skręcenie kostki jako katharsis? Publiczny wybuch płaczu i złości jako wyznacznik powracania do normalności? Tak, zdecydowanie tak.
Kiedy główna bohaterka przyjeżdża na odwyk jesteśmy z nią zgodni, że to co widzi, to dom wariatów. Ale kiedy wyjeżdża, a nawet już wcześniej, zmieniamy zdanie. Razem z nią zresztą – to dom “normalsów”. Ich cechą charakterystyczną jest świadomość tego, że popsuli coś w swoim życiu, źle w pewnym momencie zaczęli wybierać i mają problem. Nosi on różne imiona, recytowane za każdym razem, kiedy pojawia się w tym domu nowa twarz: alkohol, koka, seks, środki przeciwbólowe, jedzenie… Uzależnić można się od wszystkiego, ale podatność na uzależnienie tkwi w fałszywym obrazie świata, który wyklucza jakąś część mojej osobowości; mojego “ja” jako nieakceptowalną. A ponieważ to część mnie, zabijam siebie usiłując pozbyć się tej cząstki.
Film jest świetną, bawiącą do łez komedią a jednocześnie to typowy pokaz błazna – jak wiadomo, on często widzi lepiej i w jego kąśliwych uwagach kryje się wiele prawdy. W tym filmie jej nie brakuje. Nie brakuje też mądrości – osobiście do swojego kajecika wzięłam scenę, w której basebolista, prosty chłopak ze wsi, który nie potrafi radzić sobie ze swoim sukcesem, tłumaczy jak celnie miotać kulkę: ” Nie myśl o celu, bo wtedy on wydaje ci się mały jak orzeszek i na pewno w niego nie trafisz. Skup się na tym, co jesteś w stanie kontrolować: twojej równowadze, pozycji, sile wyrzucenia piłeczki. Kiedy już ją wyrzucisz, nie obchodzi cię, co się z nią stanie – tym zajmuje się już kto inny.”
No właśnie. Takie proste a takie trudne.