Archiwum z sierpień, 2007

h1

Sancta meretrix

sierpień 30, 2007

Giotto di Bondone, Detal z Noli me tangere

Nie mam dość patrzenia na tę twarz. To Maria Magdalena Giotta di Bondone. Mistrzowski obraz miłości. Będzie o tym fresku w najnowszym eSPe.

h1

okładka eSPe 79

sierpień 30, 2007

Prawda, że ładny projekt? ;)

h1

Confessiones

sierpień 29, 2007

Co prawda wspomnienie św. Augustyna było wczoraj, ale mnie na wyznania zebrało dzisiaj. I to dodatkowo wyznania związane z wydarzeniem, które miało czas jakiś czas temu (starzejemy się pani redaktor, starzejemy… przeszłością tylko żyjemy… ;) ) Byłam na promocji książki Szymona Hołowni “Tabletki z krzyżykiem” i zaraz w pierwszej swojej wypowiedzi Szanowny Autor Bestsellera wypowiedział się średniopochlebnie o katolickich pismach niszowych. Użyta przez niego fraza: “zajmują się dorzeźbianiem Wenus z Milo”, z jednej strony szczerze mnie ubawiła, z drugiej zapadła bardzo mocno w pamięć i tkwi tam jak ziarnko grochu pod poduchami w bajce Andersena. I uwiera.

Fakt, że stanowi to dowód mojej księżniczkowatości jakoś mnie nie pociesza. Bu.

Brak pocieszenia wypływa głównie z faktu, że jak wiadomo Wenus z Milo nie potrzebuje dorzeźbiania. Jaki jest więc cel istnienia pism takich, jak nasze? Bo chyba nie bycie źródłem utrzymania dla redaktora naczelnego & com ?

Aby tworzyć takie pismo, muszę mieć wewnętrzne przekonanie, że to, co chcę powiedzieć, powiedzieć warto. I to powiedzieć głośno i publicznie.  A, i powinno się to jeszcze mieścić w charyzmacie, którego wciąż jeszcze nie “czuję”. Cóż poradzić, z natury mam raczej OPsi charakter a tu klimat wychowawczy bardziej niż prorocki. Czuję wewnętrzny niedosyt ideologiczny, jesli chodzi o wizerunek kwartalnika. Mało powiedziane niedosyt – głód!

h1

Dzień odwiedzin

sierpień 28, 2007

Ania z korektą, Marcin i Mariusz po egzemplarze autorskie: ruch jak na dworcu. Miły ruch, bo trzeba przyznać, że współpracowników mam sympatycznych. A, wieczorem jeszcze graficy! Cieszy mnie to, że termin 5. września dla podesłania pdf-a do drukarni został póki co utrzymany. Ach, jak słodko pisze się ten cudowny zwrot: “A nie mówiłam?…” Mmmm, sama poezja…

Poza tym były ostatnie ustalenia w kwestii promocji na Siekierkach. Jeśli pogoda dopisze, zapowiada się dobrze. Zobaczymy, czy te zapowiedzi są polityczne, czy faktyczne. W końcu to Warszawa, może nawet kwestie kościelne są umoczone w polityce?

Narzekam na niego, ale tak naprawdę to chciałabym, żeby o. Mateusz, czyli WAK, już wrócił. Mam całą listę spraw, które wymagają jego rady lub obecności. I pomyśleć, że oddając mi rok temu miejsce redaktora naczelnego, cieszył się, że będzie miał mniej obowiązków. A tu nie ma tak dobrze, ciągle mu suszę o coś głowę i mój podziw dla jego cierpliwości nieustannie rośnie. Pochlebiam sobie, że dzięki mojej działalności w tym zakresie pomagam wzrastać świętemu! Szkoda tylko, że przez skuteczne prezentowanie braku własnej świętości :)

h1

Cierpienia młodej promotorki

sierpień 27, 2007

No, dobrze – nie takiej młodej, czego dotkliwym przejawem jest ból kręgosłupa po wczorajszej promocji kwartalnika przed kościołem na Meissnera. Kościół duży, współczesny, ale ładny, miałam okazję poznać cegła po cegle elewację głównego wejścia. Stałam tam całe wczorajsze przedpołudnie, na szczęście jedyne co padało, to słońce, więc nawet się nieco opaliłam. Ból w krzyżu to skutek uboczny noszenia paczek z książkami. Ciągle zapominam, że papier jednak jest ciężki i nie należy podnosić zbyt wiele paczek naraz, ponieważ niepozorny sześcian może spokojnie zastąpić cieżarek na siłowni. A trener w zamierzchłych czasach mojej aktywności w tym przybytku kultu ciała kazał się nie przemęczać. I miał rację… Oj, miał… Auć.

Sprzedaż marna, może dlatego, że to koniec miesiąca a może dlatego, że nie koniec wakacji i wiele osób jeszcze gorączkowo chwyta ostatnie wolne dni, żeby gdzieś wyjechać. Najbardziej zadziwiające dla mnie jest to, że pomimo słabych wyników, mam poczucie, że to właściwy kierunek. Przede mną jeszcze sprzedaż na Siekierkach i na Dzielskiego.

Coraz mniej osób czyta druk, myślę, że większość czytelników przeniosła się do sieci zarówno z powodów cenowych, jak i wygody: w razie czego zawsze można tekst wydrukować na drukarce. Z drugiej strony książki i czasopisma stają się powoli wyznacznikiem luksusu i standartu życia. W końcu istnieją na rynku pisma niszowe, których czytanie jest po prostu trendy/jazzy/jak_tam_to_określić. Pewnie jest to droga dla kwartalnika – stać się pismem ambitnym, typu tych, których czytanie jest wskazaniem na swój wysoki poziom. Dobro luksusowe, mówiąc krótko.

Tylko, czy pismo katolickie, którego założeniem jest katecheza i pomoc w rozeznaniu powołania, może być dobrem luksusowym? Oto jest pytanie, że zacytuję pewnego melancholicznego księcia ze Skandynawii (swoją drogą wychodzi na to, że autodestrukcję to oni już wtedy mieli we krwi :) ).

No cóż, pora rozejrzeć się za odpowiedzią.