h1

Słowo to potęga

listopad 11, 2009

Ciągle nie mogę się otrząsnąć po tym, co usłyszałam od jednego z moich znajomych kilka dni temu. Powiedział mi, że poukładał sobie relacje z ludźmi, ale jest jedna osoba, ktorą gdyby spotkał naulicy, to by ja pobił. A dokładnie wtłukł jej. Chodzi o ks. Jacka Prusaka SJ – popełnił on swego czasu artykuł, którego lektura o mały włos nie zdemolowała całkowicie terapii mojego znajomego. Przeczytał w nim, że jego szanse na wyleczenie są prawie żadne i powinien sobie darować. Na szczęście znajomy miał mądrego i konsekwentnego duchowego mistrza, który postawił go do pionu i pomógł wytrwać w leczeniu.Które zakończyło się zresztą sukcesem.

Słowo ma potężną moc: moc destrukcji i moc tworzenia światów. Bo każda dusza to osobny, niepowtarzalny świat. I trzeba bardzo uważać, co się pisze i mówi, zwłaszcza jeśli ma się w stopce kształcenie na iluś tam “universities” i “academies”. Oraz dr przed nazwiskiem, że tak samej sobie przypomnę.

 

h1

Ziemia obiecana – ziemia niczyja

listopad 7, 2009

Być chrześcijaninem to z kamienną twarzą twierdzić, że paradoks jest najwłaściwszym sposobem definiowania prawdy o świecie. To być w nieustannym napięciu między skrajnościami i przez to być poza marginesem. Bezkształtnym dla tych, którzy widzą tylko najsilniejsze bodźce. To wyznaczać nowe szlaki i stać się narzędzie stwarzania nowego. Nowego radykalnie, wynurzającego się ex nihilo. A właściwie ze Słowa, które tylko pozornie jest zaledwie poruszeniem powietrza.

Najtrudniej jest czasem zaakceptować własne szaleństwo w oczach świata.

Ale kiedy przekroczy się już ten próg, próg pozornego obłędu – odnajduje się tam życie. To dlatego Boga najlepiej rozumieją dzieci, szaleńcy i poeci. Oni sa poza granicami, na ziemi niczyjej…

h1

Procesja przed dniem sądu

listopad 6, 2009

Szliśmy z zapalonymi świecami, nad naszymi głowami zamykało się ostrymi łukami gotyckie sklepienie. Przez okna wirydaża wpadała noc. A może raczej wypadało niesione przez nas światło? Jakby prostokąt klasztornego korytarza z ogrodem w środku był gigantycznym lampionem niesionym przez olbrzyma. Migoczące płomyki świec chybotały ścianami.

Szliśmy.

Od stacji do stacji, którymi były oświetlone małymi świeczuszkami renesansowe nagrobki wmurowane w ściany krużganków. Przy każdym z nich zatrzymywaliśmy się z krzyżem procesyjnym i o. Grzegorz intonował modlitwę. Za zmarłych kapłanów, za zmarłych rodziców, za zmarłych… Rytuał, który służy przywoływaniu prawdy o naszej śmiertelności i stanie bycia “pomiędzy”. Pod stopami, w kryptach, ciała czekających na zmartwychwstanie. Nad nami Bóg i święci. I my pośrodku, w drodze, przypominający naszą modlitwa Bogu o zmarłych, a sobie o dniu sądu – śpiewana przez nas w rytm kroków gregoriańska melodia “Dies irae” odbijała się od ścian i wracała do nas wraz z głębokim pogłosem.

Rytuał jest pomocny w życiu. Ci, którzy odrzucają rytuały wypracowane przez przodków lub pozbawiają je treści, skazują samych siebie na ponowne odrabianie lekcji, z której przepracowania wyrosły odepchnięte zwyczaje. Nie ma innej drogi do znalezienia odpowiedzi na pytania o sens życia niż stanięcie twarzą w twarz z pytaniem o śmierć. Rytuał pozwala przez to przejść, oswaja nieoswajalne i uzdrawia z egzystencjalnego lęku. Spaja w całość naszą psychikę, doświadczenie i rzeczywistość.

Daje nadzieję.

h1

Pan czuwa

listopad 4, 2009

Wczoraj okazało się, że jeden z reklamodawców jednak się u nas nie zareklamuje.

Myślicie, że zaklęłam? Nie. Krakowski brak ciśnienia spowodował, że jedyne, na co było mnie stać, to był telefon do aktualnego WAKa, że numer nam się właśnie (tydzień przed zamknięciem) wytentegował finansowo w kosmos, rozłączenie się i stwierdzenie, że mam to gdzieś, nie mam siły nawet się załamać. Chociażby wypadało.

Nie, przy 979 hPa światem rządzi Kononowicz i nie ma, że coś wypada. Nic nie ma. I nie będzie.

Westchnęłam tylko do Pana B., że potrzebuję Jego pomocy. Bo ściana jest, a ja nie mam nawet wiertarki udarowej, o odpowiedniej dawce dynamitu czy chociażby kluczu do bramki nie mówiąc.

Dziś rano zwlokłam się ze snu ze smętnym przekonaniem, że może jednak coś trzeba z tym zrobić, przynajmniej zamarkować jakieś ruchy, udać, że wydatkuję jakąś energię, albo przynajmniej zużywam tę z baterii w telefonie.

Zadzwoniłam tam, gdzie była jakaś szansa na odzew – bezskutecznie.

Gleba czyli ił.

I kiedy w ramach zapominania o tym problemie zajęłam się kolejnym czekającym w kolejce, zadzwonił telefon. Więcej – zadzwoniło Rozwiązanie Mojego Problemu!

Otóż jeden z egzemplarzy reklamowych, jakie rozdaliśmy w Częstochowie, trafił do rąk siostry franciszkanki z Lasek, która tak się nim zachwyciła, że postanowiła jak najszybciej zareklamować swoje zgromadzenie w naszym piśmie! Ha! Z rozkoszą oznajmiłam jej, że właśnie zwolniło się miejsce w najnowszym numerze i jeśli przygotuje do końca tygodnia materiały, to chętnie opublikujemy :D

Panie Boże, Ty i Twoje rozwiązania sytuacji na ludzkie oko nierozwiązywalnych… :D

W każdym razie numer wyjdzie i będzie cuuuudny: o. Hinc OFMCap o przebaczeniu, o. Jędrzejewski OP o spowiedzi, Jarema Piekutowski o konsekwencjach błędnych wyborów, rozmowa z bp. Polakiem m.in. o grzechach, które najbardziej zamykają na głos powołania.

Jak to dobrze, kiedy jest dobrze.

h1

Savall i Globisz z violą w tle

listopad 3, 2009

Wczoraj miałam przyjemność (prosze poczuć dogłębnie to słowo, rozsmakować się w jego zawartości – cudnej zbitce nosowych głosek po lekkim ziewnięciu na samogłosce) słuchania koncertu Jordi Savalla, kóremu towarzyszyły fragmenty “Wszystkich poranków świata” czytane przez Krzysztofa Globisza. Dwóch wspaniałych artystów w gotyckim wnętrzu kościoła św. Katarzyny, półmrok, cudowna akustyka stworzona przypadkiem dzięki kolejnym odbudowom budynku po kolejnych niszczących go katastrofach. I ta muzyka…

Kiedys napisałam, że dźwięk w ciszy się rodzi i ku ciszy podąża – i tak wczoraj grał Savall. Viola da gamba pod jego palcami zamieniała się w kameralny zespół muzyczny, wydobywał z niej dźwięki tak zróżnicowane i harmonijne, że zamknęłam oczy i świat zawęził mi się do kolejnych fraz płynących z podwyższenia w centrum kościoła. Instrument opowiadał, budził i usypiał emocje i chociaż wolałabym go słuchać w gronie kilku osób i siedząc przy kominku, to i tak nie wyobrażam sobie, że mogłabym lepiej spędzić wczorajszy wieczór.

A wszystko dzięki Autorce Muzeodajni, która to cudowna kobieta załawiła mi darmową wejściówkę na ten koncert. Miśki cudowne som :]

A tutaj mała próbka umiejętności Jordi Savalla, fragment ścieżki dźwiękowej z filmu bedącego ekranizacją czytanej wczoraj książki: