Posted by: ewiater | maj 15, 2008

Był sobie panel o Bogu i singielkach

Wczoraj był, zaczął się o 18.30 i trwał jakieś dwie godzinki. Osób słuchających było bardzo niewiele, pewnie dlatego, że nie było jakiegoś Wielkiego Nazwiska wśród panelistów a na mieście są imprezy konkurencyjne (dokładniej Festiwal Nauki).

Najpierw posprzeczaliśmy się o definicję singla a w zasadzie o jej rozmytość. W odruchu rozpaczy zacytowałam ulubione powiedzenie Hołowni, że będę się trzymała jak pijany płotu konieczności podania definicji. Bo co ja mogę powiedzieć o stosunku Kościoła do singli, jeśli nie wiem kim jest singiel? Jeśli jest to osoba pojedyncza z przyczyn od niej niezależnych, to jest to jej stan życia a jeśli zrezygnowała ze związków, bo jej się nie chce nad sobą pracować, to ponosi winę - popełnia grzech zaniedbania. Granica przebiega w sercu takiej osoby a nie w jej sposobie życia.

Posprzeczaliśmy się też twórczo z o. Prusakiem o Biblię, ostatecznie nasze prezentacje teologiczne ojciec zakończył swierdzeniem, że ja będę prezentować naukę Kościoła a on teologię. Cóż, w ferworze dyskusji różne rzeczy się rzuca w przestrzeń… Ale ostatecznie okazało się, że mamy podobne podejście do kwestii singlowania - że nikt nei może być sam dla siebie drogą do Boga, że potrzebujemy relacji. Ojciec powiedział ciekawą rzecz, mianowicie, że samotność jest mniej destrukcyjna dla psychiki kobiet niż mężczyzn, bo my łatwiej wchodzimy w relacje, także z samymi sobą. Mężczyźni uczą się tego w trakcie socjalizacji, często właśnie od kobiet. Ale to, że mniej destrukcyjna nie oznacza, że mniej dolegliwa. Głównym problemem dla nas jest to, że tracimy możliwość zostania matką.

Ciekawe rzeczy mówiła też p. Anna Szwed, ponieważ przerpowadziła badania o postrzeganiu kobiet przez księży (wywiady pogłębione). Ciekawa jestem, kiedy się ukażą i w jakiej formie. Treść samego panelu będzie publikowana w “Przeglądzie powszechnym”, ale nie wiem jeszcze kiedy.

Ogólnie było to ciekawe doświadczenie, jestem bardzo wdzięczna Gosi Bilskiej za zaproszenie mnie. A teraz czas wrócić do kwartalnikowej rzeczywistości… ech.

Tags: ,

Posted by: ewiater | maj 14, 2008

Myśli dzisiejszych kilka

Czeka mnie teraz miesiąc oddawania się namiętności. Przy wygaszonym świetle, w miękkim fotelu i (zwykle) dobrym towarzystwie.

Otóż do kin wchodzą conajmniej trzy tytuły, które chcę zobaczyć (Mój przyjaciel lis, Książę Kaspian, Potosi: czas podróży). Mam jeszcze kilka zaległych filmów, ale zaczekam z ich oglądaniem do “5 zł za sztukę” w krakowskim ARS-ie, bo z pewnością pojawią się w jego trakcie.

Cóż, mam słabość do kina. Wielką. Lubię klimat reklam, zapowiedzi, zakopania się na kilkadziesiąt minut w innym świecie. Pozwala mi to odpocząć a jednocześnie przyjrzeć się na spokojnie temu, czym autorzy chcą się ze mną podzielić. Zupełnie jak w “Sprzedawcy marzeń” Giuseppe Tornatore, gdzie jeżdżący po włoskich miasteczkach i wsiach pseudoselekcjoner filmowy dawał ludziom złudzenie, że wyrwą się ze swojego, zniszczonego wojną świata. Przez moment nagrywania próbnej scenki byli kimś innym, niektórzy nawet przyjmowali tę inność na dłużej. Kupowali jego opowieść, bo marzenia są tym, co pozwala przetrwać tam, gdzie nadzieja jest luskusem. To nędzny substytut, ma sporo skutków ubocznych, ale jest skuteczny.

Tags:

Posted by: ewiater | maj 13, 2008

Czy Bóg kocha singielki?

Taki nośny tytuł ma panel w Centrum Kultury i Dialogu (zapraszam jutro na 18.30 do auli “Ignatianum” w Krakowie), do udziału w którym zostałam zaproszona jako spec od teologii. Siedzę właśnie nad listą zagadnień i kombinuję, o czym możnaby powiedzieć i próbuję sie domyślić o czym będą mówić moi współpaneliści: Anna Szwed, socjolog i o. Jacek Prusak SJ, psycholog.

W to, że Bóg kocha singielki, nawet nie śmiem wątpić, w końcu gdyby nas nie kochał, to by nas nie stworzył :) A tak skoro żyjemy i mamy się… jakoś, to znaczy, że nas kocha. Gorzej z niektórymi ludźmi w Kościele a właściwie pewnie trzeba napisać o ludziach Kościoła. Jesteśmy samotne a więc podejrzane o chęć wyciągania księży z zakonów bądź nakłaniania ich do rezygnacji z celibatu (jakby nie było przypadków, że to robią też mężatki) lub znaczny poziom zdziwaczenia (że zacytuję tu evergreena z “Seksmisji”: “Na mózg wam padło, bo żeście nigdy chłopa nie miały”). Jeszcze kilkanaście lat temu wielu spowiedników w momencie, kiedy penitentka przekraczała pewien wiek a wciąż była sama, nakłaniało ją wstąpienia do jakiegoś instytutu świeckiego w myśl zasady, że na coś zdecydować się trzeba. Warunki społeczne się zmieniły, teraz ludzie wydają się później dojrzewać psychicznie i emocjonalnie, później wchodzą w trwałe związki i singlująca trzydziestoparolatka już nikogo nie gorszy, choć niewątpliwie jest postrzegana jako ktoś, komu chyba nie do końca się życie układa.

A co na to Biblia? Nauczanie Kościoła? Ono zawsze popierało singlowanie, przecież św. Paweł był właśnie singlem całkowicie poświęcającym się swojej pracy! ;) Tak serio, to singlowanie - tak, pod pewnymi warunkami: abstynencja seksualna, zdolność do budowania trwałych i dojrzałych relacji międzyludzkich, wreszcie nie jako dobro samo w sobie, ale jako sposób służenia Chrystusowi a w Nim innym ludziom. Lubię patrzeć na swój staropanieński sposób przeżywania życia jako na bycie Bożym Agentem do Spraw Specjalnych. Mam większą swobodę działania, nie mam zobowiązań wobec rodziny czy wspólnoty, mogę iść tam, gdzie akurat jestem potrzebna. Mam tyle czasu na modlitwę, ile potrzebuję, mogę jechać na rekolekcje, kiedy mi odpowiada, iść na mszę, którą lubię. To dużo, bardzo dużo. A że czasem smętnie jest przyjść do pustego mieszkania, sięgnąć do pustawej lodówki i podgrzać sobie mrożonkę, bo przecież na jedną osobę gotować się nie opłaca? Cóż, wszystko ma swoją cenę, bez względu na to, jak bardzo byśmy próbowali uciec od tej prawdy.

Tags: ,

Posted by: ewiater | maj 12, 2008

Pozesłaniowo

Po nocy czuwania i wczorajszej uroczystości Zesłania Ducha Świętego wiem jedno: chcę czcić Boga, który jest potężny! Potrzebuję Jego wszechmocy, aby czuć się bezpiecznie, kiedy będę pełnić Jego wolę, potrzebuję dumy z Jego potęgi, aby móc przyjąć upokorzenia.

W czasie nocy czuwania ojcowie przypomnieli dawny ryt bierzmowania: kto chciał, podchodził i otrzymywał namaszczenie olejkiem na czole i wnętrzu obu dłoni podczas którego kapłan wypowiadał kolejno: “Bóg namaścił cię na króla [czoło], kapłana [prawa dłoń] i proroka [lewa dłoń], bądź mężny i pamiętaj o tym!” Słowom dotyczącym męstwa towarzyszyło uderzenie w policzek (kopania po piętach na szczęście nie było :) ). Ten policzek miał w starym rycie wiele znaczeń, ale dla mnie jest ważne jedno - mam mieć odwagę przyjęcia w imię Chrystusa odrzucenia i uderzeń ze strony świata. Do tego potrzebuję oparcia, mocnego oparcia w Tym, Który mnie namaszcza. Wiary i zaufania w Jego moc dającą Mu ostateczne zwycięstwo.

Amen :)

Tags: ,

Posted by: ewiater | maj 9, 2008

Spowiedź - sequel

Znów inspiracja komentarzem, tym razem dru’.

Myślę, że wskazałeś na parę ważnych kwestii w tym, co napisałeś pod poprzednim wpisem. Po pierwsze na to, że spowiedź jest źle rozumiana, ponieważ osoby, które mają ją przyjmować, są błędnie formowane. Bardzo podobało mi się to, jak o przygotowaniu do pierwszej spowiedzi mówiła w “Między sklepami” jedna z założycieli portalu mateusz.pl - trzeba dziecku wskazać na to, że ten Bóg, którego tam spotka, jest Miłosierny a więc otrzymane przebaczenie jest całkowite i można ignorować późniejsze poczucie winy. Tutaj zresztą jest też problem w tym, że nikt nie uczy rozróżniania wyrzutów sumienia i poczucia winy. Pierwsze prowadzą do nawrócenia, motywują pozytywnie do zmian i, przede wszystkim, są skutkiem naszej wrażliwości na głos Boga w nas. Poczucie winy ma działanie destrukcyjne, pochodzi od Złego i polega zasadniczo na niebezpiecznym balansowaniu na pograniczu rozpaczy ze sztandarem “Jak wielkim jestem grzesznikiem, o!, jak wielkim!” W duchowości katolickiej ten nurt wciąż jest obecny - pokusa skupienia się na sobie pod pozorem żalu za grzechy.

I tu pojawia się druga kwestia, o które wspomniałeś: przyjęcia przebaczenia i spowiadania się bez końca z grzechu, który już raz się wyznało. Podobnie zachowują się też kobiety, które mają syndrom postaborcyjny: bez końca spowiadają się z tego, że usunęły. Myślę, że istotne tu sa dwie rzeczy: po pierwsze wydaje mi się, że to dobrze, że ludzie, którzy noszą w sobie taką ranę, mają do kogo przyjść i wyrzucić z siebie swoje cierpienie bez płacenia za wysłuchanie swoich zwierzeń (najlepiej zresztą gdyby mieli dobrego stałego spowiednika). Po drugie, tak właśnie wygląda Boże leczenie tych ran: na kolejnych powtórkach, na upewnianiu człowieka zranionego grzechem, że zostało mu przebaczone.

I tu jest ważna rola penitenta: zaufać Bogu, że obiektywnie to zostało odpuszczone, inaczej dana łaska nie ma możliwości działania. Subiektywne odczucia moga być różne, diabeł nie przestanie takiej osoby kusić do rozpaczy i o tych pokusach należy mówić spowiednikowi, żeby się od nich uwolnić, ale przebaczenie się dokonało. Ważne jest, żeby nie mylić tych dwóch płaszczyzn: mojego samopoczucia i tego, co faktycznie się dokonuje. Tylko, że trzeba zaufać, że to się dokonuje. Trudne, ale wykonalne ;)

Pisząc o zaczynaniu od nowa nie miałam na myśli tego, że skreślam przeszłość. Nie - oddaję ją Bogu i przyjmuję na nowo. Łatwiej to zrozumieć patrząc z perspektywy Eucharystii: tam wyraźniej widać tę wymianę. Bóg daje nam ziarno i winogrona, my robimy z nich chleb i wino i przynosimy to Bogu, Bóg zamienia je w swoje Ciało i Krew i daje nam. Na spowiedzi ja daję Bogu moje życie (dlatego ile razy się spowiadam, mówię też na początku o tym, co mi się udało i dziękuję za to Bogu) i On je przemienia, jak chleb i wino na ołtarzu. Od nowa w tym wypadku oznacza: z nową siłą. Bóg w spowiedzi uzdrawia, raz mi się zdarzyło, że uzdrowił mnie nawet fizycznie, ale bardzo dużo tu zależy od naszego zaufania w to, że On ma moc to uczynić.

No i dużo zależy od spowiednika, ale to już temat na inny, baaaaardzo długi wpis :)

Tags: ,

Older Posts »

Categories